19.2.10

233.

Pierwszy tydzień ferii się kończy. Obejrzałam sobie cztery razy trzy części Władcy Pierścieni, , wypiłam 17 litrów wody niegazowanej i ogólnie to jest okej. Śmieją się ze mnie, bo mimo że wiem, jak potoczą się wypadki, to i tak zaciskam kciuki i z napięciem wpatruję się w ekran, szepcąc niech im się uda, proszę, proszę, proszę. Powoli zaczynam się nawet przekonywać do Legolasa (Czuję coś. Nieznaczne mrowienie w palcach. Chyba trunek zaczyna na mnie działać!) Wciąż nie mogę powstrzymać łez przy połowie scen. Nawet jeśli mi się udaje przez pół filmu, to i tak w końcu ryczę przy wyznaniu Sama, że gdyby się miał kiedykolwiek ożenić, to tylko z Różyczką Cotton. Nie wspominając o momencie, w którym Pippin zaczyna śpiewać, a Faramir zostaje wysłany do Osgiliath. Zdziczałam do reszty, odcinając się od ludzi. Póki była pogoda, wychodziłam z małą N. na śnieg, chodziłyśmy na długie spacery.
Teraz ona ma gorączkę, a ja nie mogę obyć się bez chusteczek.
Układając płyty, znalazłam dawno pożyczoną od M. składankę z utworami Enyi oraz mantry mnichów buddyjskich. Przyklejona do grzejnika, miałam wielką ochotę odlecieć, niestety nie udało mi się. Najpierw śnieg zaczął zjeżdżać z dachu i w pierwszym momencie myślałam, że to wiosenne grzmoty już słychać, co było z mojej strony kompletną głupotą. Po chwili do domu wpadło moje młodsze rodzeństwo, burząc spokój i porządek. Zrobiło się głośno, wszyscy zasiedli do stołu i zaczęli wreszczeć 'jeść, jeść!' (co skojarzyło mi się z bandą orków, wołającą 'grond, grond! - nie bez powodu zresztą) i w ten oto sposób mogłam się pożegnać z odprężaniem i relaksowaniem się. Ale - muszę przyznać - gofry były dobre.
Coraz mniej mam w sobie uczuć. Pozostają tylko te najsilniejsze. Niestety.
Dopiero dzisiaj zauważyłam, jak wiele rzeczy przepadło. Już nie chodzę stąd do K. Nie ma nikogo, kto wysyła mi pocztą namalowaną łopatę do zakopania dołka. Oglądałam zdjęcia P. i nagle zrozumiałam, że tego już nie będzie. Jedni znikają, inni pojawiają się znowu. Ze zdwojoną jakby siłą przyklejają się do mnie i nie chcą się oderwać. Ja też nie chcę. Jeszcze cię złapię - ze śmiechem wypowiadane słowa nagle nabierają nowego znaczenia. Mówią, że powinnam zacząć odbierać telefony, bo nigdy nie wiadomo, czego chce ten ktoś po drugiej stronie. Spróbuję.
Idzie nowe. Powoli. Robię temu miejsce. Dojrzewam, bo bez bólu wyrzucam, kasuję i skreślam. Do wiosny mam czas. Magiczna granica. Do wiosny.
Krzywię się na samą myśl, że przyszły tydzień spędzę na nauce. Nie mogę się przemóc, by otworzyć notatki z angielskiego (exam!) czy zacząć analizę i interpretację wierszy Szymborskiej, Herberta i całej reszty (konkurs!). Terminy gonią, a ja popadłam w skrajne lenistwo umysłowe. Muszę jeszcze dać z siebie tyle, ile trzeba. Nie więcej. A potem tak zwyczajnie to zostawić. I nie rozpłakać się ani razu.

klik.

1 komentarz:

  1. no cóz mogę powiedzieć: masz ferie, to bimbaj!

    pzdr, Sylwia

    OdpowiedzUsuń