1.3.10

237.

Jest we mnie mnóstwo nowej energii. Dwa tygodnie całkowitego oderwania się od codzienności okazało się lekarstwem najlepszym. Nawet horoskopy każą mi się uśmiechać, nie wypuszczać iskierek z oczu. Wróżki od siedmiu boleści piszą wyprostuj się, weź życie w swoje ręce, bierz co twoje, bierz więcej i nie wypuszczaj. Dawno niewidziane osoby odzywają się, mówią coś o tęsknocie i że nareszcie wróciłam duchowo, że wreszcie można mnie poczuć.
Zastanawiam się jeszcze nad jedną rzeczą - nad tym zakurzonym już futerałem, nad dźwiękami wypływającymi spod palców, nad nutami szyderczo spoglądającymi na mnie z pięciolinii. Słyszę ich szept: mówią coś o poddawaniu się, że one wiedziały już dawno, że to się tak skończy, że teraz już będą martwe, że już nie staną się jednością nigdy więcej. I nie wiem co robić, bo boję się otworzyć, wyjąć, nieudolnie próbować czarować znów. Porażka przyćmiła sukcesy całkowicie, a ja postanowiłam nie słuchać głosów zagrzewających do walki z własnymi słabościami. Nie chcę dawać sobie szansy tylko po to, by za chwilę przewrócić się na mecie, ale z drugiej strony słowo tchórz już nigdy więcej nie powinno być łączone z moim imieniem. Nie potrafię pogodzić się z tym, że jedynym moim usprawiedliwieniem, najżałośniejszym z żałosnych, jest słabość mojego organizmu. Chciałabym znaleźć trochę tej siły, by nadrobić zaległości i znowu się cieszyć muzyką tak, jak kiedyś. Bez żadnych zawrotów głowy i czarnych plamek wirujących przed oczami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz