13.3.10

240.

Bywam do niczego. Boję się śmierci kogoś, nigdy swojej własnej i uciekam przeznaczeniu szybciej, niż mogę sobie na to pozwolić. Jest mnie więcej niż dwie, macham do siebie - odbijam się w kilku lustrach. Jeszcze nikt mnie nie sklasyfikował, jestem wyrzutkiem społeczeństwa, prochem i świecącą gwiazdą. Księżycem, który nie świeci. Otwieram drzwi i mówię, że nie ma mnie w domu, czy widzisz? Nikt nie dzwonił. W szufladzie stare kapsle i bilety, słoiki z zapachami stłukły się podczas poszukiwań listu, który nie został wysłany. Przygryzam wargę, by poczuć cokolwiek. Ściskam słuchawki tak mocno, jakby były ostatnią rzeczą, która może mi pomóc.
if only I could see you turn myself to me...
to zły znak, kiedy ściany się kurczą a krzyki wydają się zbędne. pytam się Boga czy jest, nie słyszę odpowiedzi. może jest zajęty, znowu. przyzwyczajam się. granice między ludźmi dobrze strzeżone, czas się kończy. game over i szyderczy śmiech tych, którym udało się wygrać. nie ma litości, nie ma i nigdy nie było. i najważniejsze słowa: musisz sama o siebie zadbać. ta przemożna ochota, by się zbuntować. nie uciekać. śmiać się tym pijackim śmiechem i pozwolić, by ktoś zaczął się troszczyć. jestem pieprzoną kostką rubika, której nie poukładasz, bo ktoś poprzeklejał kolorowe kwadraciki - myślał, że tak będzie szybciej.
śni mi się, że układamy na wystawie nieba świeżo upieczone gwiazdy. niektóre się nie udają i potem spadają nam na głowy. pod innymi rodzą się szczęśliwie dzieci, kiedy zbieram cię z podłogi i próbuję naprawić.
ciągle jestem tam gdzieś we mnie. uważaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz