2.6.10

272. bo nieodwaga lepiej brzmi.

trzeba uważać z tym próbowaniem smaku, bo kiedy się polubi, to chce się więcej. a na więcej trzeba czekać, długo czekać i od tego czekania to się wariuje. śpi się albo się nie śpi po nocach, złe się śni, jeśli się śni, albo wcale i nic.
i nie wiem, co gorsze.
nie wiem co mówić już powoli, gdzieś we mnie tylko nobądźmitujuż jest, a przecież trzeba wytrzymać, żeby było cudnie, najcudniej.


jeszcze:
trzeba dokonać wyborów kilku tak, żeby nie żałować nigdy. muszę uważać, żeby nie było na przekór, żeby było tylko dobrze. im dłużej się zastanawiam, tym mniej wiem, a to jest złe, złe, najgorsze. nie pomagają drzewka decyzyjne, plusy i minusy, cel, jaki cel? ktoś mógłby za mnie wybrać, byłabym wdzięczna. choć raz to całe wiemywszystkolepiej byłoby przydatne i na miejscu.
ale nie.
dorośnij - słyszę.

4 komentarze:

  1. brzmi na to, że masz na co, na kogo czekać. to dobrze, bardzo dobrze. trzymaj się tego. to daje siłę, prawda?

    nie dorastaj. nie dorastaj. dorosłem. stałem się wszystkim tym, co w dzieciństwie sprawiało, że "dorośli" było słowem pogardliwym. dorosnąć to bezpowrotnie coś utracić.

    OdpowiedzUsuń
  2. trzymam się tego. jestem cała czekaniem, tęsknotą. i to mnie skleja każdego dnia.
    dlatego się nie rozpadam.

    nie dorastaj. łatwo mówić. słyszałam już: do siedemnastki. i ani dnia dłużej. szukaj sposobu.
    szukam. ciągle, jeszcze, póki mam czas.

    (tak sobie myślę. dorosłeś? i każesz mi nie dorastać? to takie nie w stylu dorosłych. mimo wszystko. )

    OdpowiedzUsuń
  3. to bardzo ważne, mieć ten klej, te stalowe pieprzone klamry, które trzymają Cię w jednym kawałku chociaż od środka Cię rozsadza, a krucha porcelana nie wytrzymuje naprężeń.

    będzie najcudniej. tak właśnie.

    heh, chciałem to napisać na zupie parę razy, ale zawsze coś sprawia, że tego nie robię. bo po prostu czasem zauważam, takie mam uciążliwe przebłyski, że stałem (staję?) się przez to durne życie dokładnie taki, jak to, czego nie znosiłem. stałem się "nie teraz", "poczekaj", stałem się "nie mam czasu", "nie przeszkadzaj", "co mówisz, bo nie słuchałem?", stałem się "nie mogę o tym myśleć/rozmawiać, nie widzisz, że mam inne zmartwienia?" (i całą resztą spraw-z-którymi-nic-nie-zrobisz-ale-przeszkadzają-ci-funkcjonować), przestałem zadawać pytania, na które nie znam jeszcze odpowiedzi, zamieniłem się w "daj mi spokój" i "jestem zmęczony". permanentnie zmęczony.

    ale coś we mnie nadal stawia twardy opór i będzie pilnować bym nigdy nie stał się "wypada, nie wypada, należy, nie należy" i "tak się robi, nie robi". co to w ogóle znaczy "SIĘ robi"? kto robi, dlaczego to robi? pierdolenie. niech nikt mnie nie urabia pod szabloniki dlatego, ze przechodzą z rak do rak od lat. to nie czyni ich slusznymi.

    ponadto jeśli ilekroć w coś uwierzysz, zamieszkasz w długo szukanym domku, to przejedzie po nim buldożer - to następnym razem budujesz dwa razy grubsze ściany, później jeszcze fosę, ostatecznie - fortecę. i siedzisz w niej wtedy już doskonale samotnie, bo nie chcesz nikogo już wpuścić. bo znów się okaże, że przyniosą tylko zawiadomienie o wyburzeniu, którego przeczytanie oznacza zgodę.

    zadawanie pytan... to chyba bardzo wazne. dzieci zadaja mnostwo pytan. moment, kiedy przestajesz, kiedy stwierdzasz, ze to i tak przeciez nie ma sensu... paskudztwo, czemu sobie to robimy? czemu zamykamy sie w "to na pewno jest tak" albo "wole nie wiedziec" albo "nie wierze". czemu w "ja i tak wiem jak jest". ech. czy zaprzestanie zadawania pytan to juz rezygnacja, kapitulacja wobec otaczajacej rzeczywistosci? stwierdzenie, ze po co mi ta wiedza, skoro i tak nic nie moge i nie ma sensu?

    czy jest SPOSÓB na niedorastanie? hm. nibylandia się nie liczy, rzecz jasna. to chyba pozostaje już tylko rozpalenie w sobie tak wielkiej wiary i nadziei (wiary w ludzi i caly ten swiat, spiewali madrze, a ja z nimi) by wystarczylo Ci tego ognia na pieprzone zawsze. moj plonie. tak, temu akurat zgasnac nie pozwole. a ogien, jak wiadomo, jest czyms, co latwo pomnozyc i podzielic sie nim z kims, wiec jesli Twoja pochodnia będzie przygasać, wystarczy się zwrócić o pomoc...
    gorzej, że o ile wiary w ludzi i cały świat mam dożywotni zapas, to coś takiego jak wiara we mnie samego jest tylko tlącym się żarem, który pod podmuchami tak samo się rozpala, jak może zgasnąć całkiem. i w ogóle to chyba jest zapałka, a nie pochodnia, bo czemu gdy ktoś to rozpali, to wypala się tak szybko i wkrótce jest jeszcze gorzej i mniej...?

    "dorośnij", ostatecznie, jest paskudnym słowem, wiesz? widzisz to ze mną, prawda? to jest jakieś takie "zbuduj ten pieprzony mur wokół siebie, ludzie będą Ci kopać dupę, pluć jadem, wybijać szyby, a ja będę mieć to w dupie, radźsobiesama". "dorośnij" czasem brzmi jak "chyba głupia jesteś, że myślałaś, że będzie dobrze, nie jęcz, nie chce mi się tego słuchać, mam-własne-problemy (!)". "dorośnij" zabija wiarę. każe zakopać wyobraźnię w ogródku. schować marzenia w kąt. mówi Ci, że masz się pozbyć wszystkiego, co lubisz, a jak nic nie zostanie, to że to właśnie to jest Twój świat, ta pusta podłoga, pusty pokój, puste Twojemiejsce. że nie ma nic, bo tak, bo świat jest zły, botoniemojawina, bo musiałaś się pozbyć botakbędzielepiej. pieprzenie, naprawdę, pieprzenie.

    nie pozwalaj im tego zabijać.

    nie pozwalaj, eta.

    OdpowiedzUsuń
  4. masz rację, niby łatwo powiedzieć "nie dorastaj", "bądź ZAWSZE dzieckiem". swoją drogą to wcale nie jest trudne. dorośniesz, będziesz starsza niż "do siedemnastki i się zatrzymać". dorośniesz fizycznie, ale czy też swoim sercem i duszą? jeśli chcesz być dzieckiem, to nim będziesz, nawet siedząc z kotem na kolanach w wielkim starodawnym bujanym fotelu. bądź sobą, eta - wtedy zawsze będziesz dzieckiem.

    OdpowiedzUsuń