8.6.10

274. bo nie rozumiem.

Mały pięcioletni chłopiec ze łzami w oczach szukający swojej mamy w tłumie ludzi.
Brązowe buciki.
Młoda kobieta, która całe swoje dotychczasowe życie zmieściła do jednej walizki.
Pukiel ciemnych włosów.
Mężczyzna w dobrze skrojonym płaszczu, w kapeluszu na głowie. Nawet nie wie, gdzie jego rodzina.
Okulary.
Starszy, schorowany człowiek. Dziadek. Ojciec. Mąż. Głowa rodziny.
Proteza prawej nogi.

Szczotka do zębów. Grzebień. Ubranie. Buty. Włosy.
Zdjęcia.
(tyle zostało)

Całe rzędy zdjęć.
Nie sposób zliczyć. A to przecież ciągle tylko maleńkich procent. Prawie nic.
Całe rzędy ludzi.

Ludzie dzieleni na kategorie. Rasy. Palcem wskazywanie, gdzie ich miejsce.
(nawet nie wiedziałam, że można do tego stopnia pozbawić człowieczeństwa
Pozbawić człowieczeństwa siebie i innych)

Pasiaste ubrania.
Cień człowieka. Skóra i kości.
Głód. Wykończeni psychicznie i fizycznie ludzie. Zdeptani. Poniżeni.
Przez ludzi.

Głowa za mała, by pojąć. Jakim cudem. Jak ktoś tak podobny do mnie, mógł zrobić coś takiego. Jak, jak, jak? – chodzą po głowie słowa, mnożą się pytania.
Żadnych mądrych wniosków oprócz:
NIGDY WIĘCEJ TAK
I
UWAŻAJ NA LUDZI.

Przed oczami tylko życia niewinne, które skończyły się w
Komorze gazowej
Pod ścianą
Z kulą w głowie
Lub z głodu i pragnienia
Choroby
Za szybko.

Pomyśl. Pomyśl Ty, który czytasz. Jak można był dopuścić do tego, by choroba-zło jednej osoby przeszła na innych? Jak można było dopuścić do tego, by bezbronni, bo nadzy, bo odarci z marzeń, w jednej chwili zniknęli, stali się dymem z wielkiego komina, przeciekali z powietrzem między palcami? Jak można było?
Przy słońcu i w deszczu. W upał, burzę, mróz, wichurę.

Umierali, wierząc, że chociaż ta śmierć ma sens. Jeszcze sens,
trochę sensu.
Że to za coś.
Może nie wierzyli wcale.

Byli trochę jak zapałki. Dawali światu trochę ciepła i światła, by za chwilę zgasnąć nagle, zdmuchnięci.
Nagle, niespodziewanie, za szybko. Bez sensu.

Po tylu latach boli. Nie wiadomo nawet, czy przestanie kiedykolwiek. Znowu ta myśl. Że to wszystko przecież człowiek.
Jak można zmieścić w sobie tyle okrucieństwa, obojętności? Jakjakjak?

Drut kolczasty. Słońce pali niemiłosiernie.
Pani w białym kostiumie opowiada. Nikt nic nie mówi. Wszyscy słuchają w milczeniu. Patrzą. Czy też czują niesamowitość tego miejsca? Tyle bólu wokół. Jeśli dobrze się wsłuchać. Dotknąć ściany. Drewnianej belki.
Może usłyszy się niemy szloch, ten z głębi duszy. Może zobaczy się łzy w wielkich oczach, szaleństwo w oczach.
Śmierć.

Człowiek numerem. Nikim więcej.
Najważniejsze – nie zapomnieć o tym nigdy. Pamiętać, pamiętać aż do końca i mówić każdemu, kto nie wie.
Żeby już się nie zdarzyło tak, żeby nie pozwolić na to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz