12.6.10

275. wszystko takie ostatnie.

w pociągu powrotnym układałam sobie w głowie zdania. o cudowności tych kilku spędzonych dni.
jednak już pierwsze zderzenie z normalnością sprawiło, że wszystkie gdzieś umknęły.
nie mam siły, chęci, inspiracji.
jakiejkolwiek motywacji, by wytrzymać jeszcze kilka dni.

powoli zaczynam być zmęczona tym wszystkim - dochodzę do dziwnych wniosków o czwartej nad ranem. siedzę wtedy w oknie i wsłuchuję się w pierwsze dźwięki dnia. wyłapuję słońce. owijam się swetrem.
spod półprzymkniętych powiek obserwuję ludzi na łóżku tuż obok. przytuleni do siebie.
(serce wyrywa mi się do Ciebie. 460 kilometrów. słownie: czterysta sześćdziesiąt.
trochę dużo. prawie pół tysiąca.
a właściwie z tego-tamtego miejsca jeszcze więcej.
chciałabym przytulić się do Ciebie)
obserwuję ich i myślę, że będę za nimi tęsknić. że prawie dziesięć lat spędzonych wspólnie to przecież dużo. warto odgrzebać, odkurzyć te najlepsze wspomnienia, a resztę wyrzucić. zapomnieć o przepłakanych nocach, kłótniach i tysiącach złych słów, o złości na każdym centymetrze skóry. teraz, kiedy nic już nie będzie mnie z nimi łączyć, prócz wspomnień i zdjęć. prócz słów-kluczy i tylko nam znanych historii.
teraz, kiedy wszystko jest łatwiejsze. teraz, kiedy nie trzeba się starać aż tak, żeby pojawiał się uśmiech.
jeszcze mam w głowie momenty: poranek. słońce. świeże truskawki z bitą śmietaną. popołudnie. słońca jeszcze więcej. woda w rzece i kamienie w kształcie serca. wieczór. bieganie z kamerą. wychylanie się przez okno. śmiech. poważne rozmowy. jeszcze więcej niepoważnych rozmów.
nowe pomysły.
nie wszystkie do zrealizowania. bo za późno. szkoda.
nagły strach. że jednak nowi znajomi okażą się gorsi od starych. że zmiana środowiska to jednak zły pomysł.
czyjeś zapewnienia, że idzie nowe i że czas kupowania pustych zeszytów to czas zmian.

(...)

teraz palców wystarczy, by policzyć dni do końca.
a w głowie mam jedno słowo:
dziękuję
(mimo wszystko).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz