15.8.10

298. exploding head.

mówiłam ci o zamykaniu oczu, pamiętasz? że wtedy boli mniej, odrobinę mniej, bo wtedy jestem u siebie, ja tylko ja moja głowa głowa moja myśli, czarno przed oczami, poruszają się, gra światła na zamkniętych powiekach, przy otwieraniu oczu plamki przed oczami. biało.
wtedy boli mniej. jestem u siebie. widzę, jak siedzę na podłodze, z lampką wina, nie, z butelką, szlocham nad zdjęciami porozrzucanymi wokół. czy rozumiesz? tam, w głowie, to my się skończyliśmy, czarne scenariusze, cudowne czarne scenariusze, które gdyby spisać, byłyby najsmutniejszymi na świecie.
najczarniejszymi.
jestem w tym dobra, najlepsza. uśmiercam swoją rodzinę, Ciebie, siebie, uśmiercam swoją przyszłość, kota, którego nie mam i psa, którego mieć będę. uśmiercam każdą osobę, która miała zagrać epizod w moim życiu, ale została jeszcze na herbatę.
kawę.
kolację.
i najczęściej na śniadanie.
uśmiercam je w trakcie zbierania swoich rzeczy, rzucania zimnych, obojętnych spojrzeń - wbijam im wtedy nóż w samo serce albo może nie, nie, inaczej, wbijam im nóż w plecy. jeden, drugi, trzeci.
kto powiedział, że noże ze słów nie ranią śmiertelnie?
ostatniej nocy zrobiłam krok dalej. ożywiłam zmarłego. pozwoliłam mu niszczyć jego i moje życie tak, jak było nam pisane.
wyobraź sobie jesień. ponury czas, wzburzone morze zagłuszające przekleństwa wydobywające się z ust. butelki po winie, kto rzuci dalej, krew na rękach, dziki śmiech. wpadam w szał, wyciągam z torby jego papierosy, zniszczoną książkę. zapalniczka. zbyt szybkie ruchy, drżące dłonie, ogień. świetlicki daje trochę ciepła, ktoś krzyczy, wyrywa książkę, piasek, ciemno, krew.
uspokój się.
zauważam, że uodporniłam się na tamtą-konkretną-niecudowną-określoną przeszłość. koniec.
oddycham z ulgą.
ale.
jakaś część mnie chce, żeby ktoś mnie zniszczył. odciął mnie od życia, od kolorów, może zostawił mi tylko trochę czerwieni w butelce na dnie, choć czerwień niekonieczna, znam lepsze sposoby jeszcze z czasów niebycia, wyrzygiwania pamięci, z czasów bycia nieprzystosowanym, z najczarniejszych dni, kiedy muzyka, zła muzyka, pulsowała, płynęła w żyłach, dostawała się do mózgu, by tam robić tylko to, na co miała ochotę. najczęściej chodziło o te paznokcie w skórze i o spazmatyczny szloch, zawroty głowy, znowu wyrzygiwanie, uciekanie, wracanie, upuszczanie szklanek na podłogę i roztrzaskiwanie talerzy.
najczarniejsze scenariusze. zadręczam się. prawie nigdy nie zasypiam spokojnie. muszę być przygotowana na każdą możliwość. nie chcę, żeby życie zaskoczyło mnie czymś nieprzyjemnym, czasem jednak zastanawiam się, czy mogłyby zdarzyć się rzeczy gorsze od tych, których wspomienia prześladują mnie czasem - jeszcze. wiesz, takie historie niezakończone, z wielokropkami, urwane w połowie zdania, czasem nawet słowa, wpisy w pamiętniku, jakieś piosenki, które na myśl przychodzą nieproszone, myśli-zdjęcia, myśli-krótkie filmy, to jak czytanie książki to zamykanie oczu.
nic nie poradzisz.
przyzwyczaiłam się do myśli, że jestem pokaleczona. bardziej niż mniej. dziewczynka ze skłonnością do użalania się, ze zbyt słabą wolą, dziewczynka, którą spotykając na ulicy, minąłbyś obojętnie.
niektórzy z was mogli mnie już minąć, nawet nie przypuszczając. bo niby jak.
jestem duchową kaleką. nadwrażliwcem, chorym psychicznie człowiekiem, którego nie obchodzi głód czy cierpienie fizyczne, ale potrafi rozpłakać się na wspomnenie czyjegoś dotyku i smaku.
najpierw z żalu, że to wspomnienie, chwilę później ze szczęścia, bo jeszcze trochę i znowu dotyk będzie prawdziwy i smak.
zamykanie oczu. jeszcze raz i jeszcze raz. druga strona lustra. tu jest inaczej. prawe oko jest lewe. lewe prawe. nawet jeśli nie, to ciągle inaczej.
za zamkniętymi oczami jest inaczej. emocje jako substytut jedzenia, pieniędzy i czystej fizyczności. myśli nieposkramianie tylko w ciemnościach.
płacz w poduszkę na samą myśl, że kiedyś i tak zostanę sama. że Ciebie tu nie będzie.
że właściwie to jestem sama, bo Ciebie tu nie ma. fi-zy-czność.
za zamkniętymi oczami strachy prawdziwe stają się mniej prawdziwe, bo na wierzch wychodzą inne lęki.
lęki sercowe.
trudno przyznać się wtedy, że najbardziej to chce się żyć. trwać w szczęśliwościach codzienności, w szarościach codzienności oświetlanej przez słońce Twojego mruczenia do ucha, głosy szczebiocące niezrozumiałości, krew z krwi. najbardziej, z Tobą, gdzieś daleko, w naszym - obcym kraju mieście na rękach, w parku, w domu: szczebiot, dziecięce głosiki, mruczenie, sypialnia, drzwi na taras...
być przygotowanym na najgorsze. walczę z tym. zbyt często jeszcze łapię się na tym, że muszę szczypać się w rękę i doprowadzać do porządku, bo zapominam, że jesteś dla mnie.
znasz to. te napady szału, dziwną wściekłość, jadowite milczenie, to wszystko to zazdrość. i znowu najczarniejsze. dziwny odruch wtedy, najchętniej otworzyłabym szafę, jakieś ubrania, kosmetyki, później książka, może dwie, zeszyt pióro ucieknijmy stąd.
miejsca, w których nie byliśmy, już na nas czekają. nasze miejsca.
ucieknijmy stąd i zacznijmy wszystko od nowa.
Ty, tak właśnie Ty, bądź mi w skórze, na skórze codziennie bardziej. wiedziałeś, że można tak pragnąć? dziko, zachłannie, co chwilę zachłystywać się miłością, tym ciepłem, uświadamiać sobie kilka razy dziennie, że kilkaset kilometrów dzieli mnie od apogeum szczęścia, że kilometry to nic, bo są na świecie jedyne ramiona, w których czuję się bezpiecznie, że są jedyne usta, które tak pasują do moich, jedyne biodra, dłonie robiące dotykiem ze mną wszystko, wszystko - że jesteś Ty.
tak teraz sobie przypominam.
za zamkniętymi oczami bywa lepiej. huczą w głowie magiczne słowa, znowu myśli - obrazy, myśli - filmy, przekręcają się gdzieś, rozprzestrzeniają się po ciele, a każda kropla krwi, centymetr skóry
wszystko wszystko
woła Ciebie.
nie chcę już tamtych czasów. mojego życia przed Tobą. potrzebuję pewności, że Twoje ramiona już zawsze będą dla mnie. że nigdy nie przerazi Cię mój nocny prawiebezpowodu płacz.
Słońca mruczenie. Twoje.
coraz trudniej pisać. to męczy. pisanie o szczęściu jest trudne. na ustach tańczą dwa cudne słowa.
te wszystkie ważne rzeczy, o których nie mam odwagi Ci mówić, nie przywykłam jeszcze, ciągle się uczę, że radość jest prosta, że to szczęśliwe serce to moje serce, te wszystkie ważne rzeczy, tak, one są zamknięte w dwóch słowach. w jednym czasowniku. jestem tam ja, moje marzenia, wszystkie drżenia, łzy
wszystko wszystko.
dwa słowa. świadectwo. przypieczętowanie przynależności. cała moja nieodkryta jeszcze tak zupełnie kobiecość, cała ja, to wszystko jest Twoje.
uczę się zamykać oczy i widzieć tam tylko Ciebie, bez tych wszystkich zbędnych myśli.
uczę się i, tak, z zadowoleniem stwierdzam, że wychodzi mi to coraz lepiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz