22.10.10

317. lewa strona literki m.

ONA:

Wtulam się w koszulę, którą zabrałam z Twojego mieszkania. Nie chcę. Ale to jedyna namacalna rzecz, jaka pozostała mi po Tobie. Nie liczę książek i płyt z Twoimi inicjałami, bo one mi Tobą nie pachną. Na myśl mi nie przyszło, że w momencie otwierania drzwi stanę się nagle czyjaś. Twoja.

Tęsknię za Tobą. – piszę do Ciebie. Wbijam paznokcie w skórę. Idiotka. Nie powinnam tego pisać, okazywać słabości.

Tamten letni poranek pamiętam ze szczegółami. Wstałam z łóżka wcześniej niż zwykle. W łazience chlusnęłam wodą w twarz. Z lustra patrzyły na mnie moje własne, jeszcze bardziej brązowe i przerażone oczy, a półdługie rude włosy sterczały we wszystkie strony. W domu było cicho – wszyscy wyjechali, a ja zostałam sama. Nie wiem, kiedy pojawiła się ta myśl, która kazała spakować plecak i zamknąć za sobą drzwi. Dopiero w pociągu zaczęłam się zastanawiać, czy to co robię jest normalne. Wynik moich rozmyślań był przerażający – to nie było normalne. Ściskałam w dłoni kartkę papieru z adresem, który mógł być już nieaktualny. Jechałam do Ciebie, nie mając pojęcia, czy jesteś choć w połowie taki, jakim mi się wydawałeś. Z listów niewiele można się dowiedzieć o tym, co widać. Było przecież tylko o tych marzeniach z dna duszy, o tym czego nie widać. Bałam się, że mnie zawiedziesz. Że okażesz się zwyczajny.

Teraz wiem, że nie mogłam mylić się bardziej.

Osiedle było szare. Takie same, szare budynki ustawione w nie mającym końca szeregu. Nawet twarze ludzi były podobne. Już nie dziwiłam Ci się, że tak bardzo chciałeś opuścić to miejsce. Słowa powitania powtarzałam w myślach milion razy. Cześć. To ja. Jestem tutaj przy okazji, więc postanowiłam Cię odwiedzić. Po raz kolejny okazało się, że gotowe scenariusze nie są dla mnie.

Ósme piętro. Serce biło mi jak szalone, kiedy pukałam. Kiedy z głębi mieszkania usłyszałam kroki, w pierwszym odruchu chciałam uciec, zniknąć, znaleźć się w swoim domu. Pomyślałam nawet, że przecież listy mi wystarczają. Drzwi uchyliły się, a wszystkie myśli nagle uleciały ze mnie. Pozostała jedna. Wwiercająca się w mózg tak głęboko, że czułam ją każdą komórką.

Ty jesteś.

Nagle zatonęłam w Twoich objęciach, Twoje ręce w moich włosach i nagle wiem, że jestem w tym miejscu, w którym być powinnam. Odsuwasz mnie od siebie i mrużąc oczy mówisz, że zaoszczędziłam Ci drogi. Wskazujesz ręką na plecak w przedpokoju i już wiem.

Ja jestem.

Uwielbiam Twoje oczy. Uwielbiam ich zieleń – tak różną. Kiedy mówiłeś o mnie, były intensywnie zielone, jak soczysta trawa na łące, na którą mnie wtedy zabrałeś. Kiedy odjeżdżałam, zrobiły się takie blade i smutne. Mówiłeś, że jestem Twoim sensem. Nie kłamałeś. Twoje oczy zawsze mówią prawdę. Najbardziej podobały mi się, gdy się śmiałeś. Mrużyłeś je wtedy tak zabawnie, a ja spalałam się od intensywności tych złotych plamek, które brały się nie wiadomo skąd.

Wieczorem chodziliśmy po mieście G. Mówiłam, że jestem w nim zakochana. Wtedy nie wiedziałam, że nie tylko w nim.

Chodziliśmy bez butów, tak jak obiecałeś kiedyś. Kiedy siedzieliśmy na ławce, trzymając się za ręce, bałam się poruszyć. To wszystko było tak nierealne, tak idealne, że każdy zbędny gest mógłby wszystko popsuć.

Kiedy kilka godzin później wsiadałam do pociągu, nic nie mówiłeś. Wystarczył mi Twój wzrok. Tyle pięknych słów w jednym spojrzeniu, tyle deklaracji i pragnień.

Co teraz? – pytam się Twojej koszuli. Milczy.

Boję się, że przestałam myśleć.

Zrób coś.

ON:

Odszedłem od biurka i stanąłem przy oknie. Zamknąłem na chwilę oczy i wyobraziłem sobie ją stukającą w klawiaturę, przyglądającą się każdemu słowu. Dobrze wiedziałem, że żałowała swojej impulsywności, że ledwo kliknąwszy „wyślij”, zaczynała wbijać paznokcie w skórę do krwi.

Tęsknię za Tobą. Te trzy wyrazy nie dają mi spokoju. Ona za mną tęskni.

Nie chciałem nigdy dzielić losu bohaterów tych wszystkich smutnych książek, które tak lubię. Ale fakt, że Ona tęskni, wszystko zmienia. Pakuję plecak. Ona tęskni – tylko to się liczy. Trzy słowa nagle przewracają mój świat do góry nogami. Powinienem kupić jej kwiaty. Tylko nie żółte, nie znosi żółtych. Minuty ciągną się w nieskończoność. Przeglądam wydruki Jej listów. Ponadto Ty jesteś, a Ciebie nikt mi nie zabroni – pisze. Tak, wiem – to z Świetlickiego. Powinniśmy mu kiedyś podziękować, gdyby nie on, nas by nie było. Czasem w nocy śnią mi się koszmary. Żyję w świecie, w którym Jej nie ma. Pukam w każde drzwi, pytam o Nią, a ludzie przecząco kręcą głowami. Założę się, że w tym świecie nie ma także Świetlickiego.

Chciałbym już być z nią. Z fragmentów sklejam w myślach jej twarz. Brązowe oczy. Zadarty nos. Mówiła coś o jednym piegu na nosie. Mówiła: Nie zapomnij o nim.

Kiedy wtedy usłyszałem pukanie, całe to pakowanie torby wydało mi się rzeczą niepotrzebną. Wiedziałem, kto czeka na mnie za drzwiami. Otworzyłem.

Uderzył mnie zapach cynamonu, to te kolczyki, które nosiła w uszach zapewne. Moje ręce w jej włosach, jej ręce na mojej szyi. Wskazałem na stojący w przedpokoju plecak i powiedziałem, że zaoszczędziła mi drogi. Potem pamiętam tylko trzymanie się za ręce i do upadłego chodzenie po mieście G., które uwielbiałem. Było we mnie coś, co sprawiało, że kiedy patrzyłem na nią, na jej rude włosy, na pełne usta i ten zadarty nos z jednym piegiem, nie umiałem wykrztusić ani słowa, choć chciałem powiedzieć jej o tylu ważnych rzeczach.

Dopiero kiedy odjechała, znalazłem właściwie określenie. Przerażające i najpiękniejsze jednocześnie.

Obiecałem jej kiedyś miasto G. wieczorem, na boso. Ściągnęła sandały z rzemyków i zaczęła się śmiać. Tańczyła na rynku w tej swojej fioletowej sukience, a przechodzący ludzie pokazywali ją sobie palcami. Niektórym rozjaśniała się twarz na jej widok, mówili, że taka młodość ich zachwyca, że taką młodość to oni rozumieją. Inni kręcili głowami i wzdychali, mówili, że wariatka jakaś. Albo wiedźma. Ja myślałem: czarodziejka.

Kiedyś bałem się, że taka prawdziwa ona, a nie taka z listów dotąd znana, okaże się zwyczajna. Bałem się, że straci wiele z tej delikatności, która przebijała z każdego słowa, że ona tak naprawdę nie daje po sobie poznać, jak bardzo wrażliwa jest, tym samym udając kogoś innego. Żałuję, ze zawahałem się wtedy, że nie wsiadłem do pociągu i nie pojechałem za nią. Czas to nadrobić. Wyciągam z szafy plecak, pakuję się. Wychodząc na dwór stwierdzam, że przegapiłem moment, w którym tak bardzo się ochłodziło. Mając ją w pamięci, dla mnie ciągle świeciło słońce. Zawróciłem do domu, by zabrać koszulę. Nie ma jej. Nigdzie jej nie ma. Na dnie szafy znajduję małą karteczkę: Zabrałam ją sobie. Nie chcę zapomnieć. Zacząłem się śmiać. Bluza okazała się zbędna, bo na zewnątrz znowu zaczęło świecić słońce. Pół tysiąca kilometrów. Dwie przesiadki. Kilkanaście godzin jazdy. I jej twarz, znowu roześmiana, jej oczy.

Pociąg, w porównaniu do czasu, wlecze się nad wyraz wolno. Wskazówki pędzą jak oszalałe, a liczba kilometrów dzielących mnie od niej maleje w ledwo zauważalnym stopniu. Wkładam słuchawki w uszy i słyszę nagle:

I don't want to be your friend / I just want to be your lover /No matter how it ends.

Zyskuję pewność, że to co robię teraz, jest słuszne. Przeglądam jej listy, uśmiecham się na wspomnienie tych wszystkich nocnych rozmów, pisałem jej wtedy:

wiesz, mamy swoją własną samotność w sieci. Dobrze, że od nas będzie zależało jak się to wszystko skończy i czy skończy się w ogóle.

Jej odpowiedź była pełna nadziei:

Mamy szczęście, że ja nie jestem Nią, tylko jestem sobą. Mamy szczęście, że możemy wszystko i że nic prócz odległości nie dzieli nas i nie jest nam przeszkodą.

ONA:

To czyste wariactwo jest, wiesz? Pod nosem nucę, że to zaledwie kilka dni, a ja nie mieszczę łez, zagryzam wargi. Tęsknota mnie zalewa. Wolałabym się utopić, nie chcę tęsknić aż tak. Przypominam sobie, jak rozmawialiśmy o tym, że należymy do siebie duchowo. Prawdopodobnie kiedyś, w tamtym życiu, byliśmy ze sobą na tyle blisko, że nasze dusze na nowo odnalazły się teraz, by znów się połączyć. Pisałeś, że teraz już nic na nie rozłączy. Nie żałuję, że pojechałam do Ciebie. Czuję teraz niedosyt, chcę jeszcze więcej Twojej obecności, a tego nie mogę dostać. Bo tak naprawdę tylko to się liczy. Obecność. Bez niej nie można być. Jeśli jej nie ma, to nie ma żadnego my, są tylko nic nieznaczące wobec tych wszystkich drżeń słowa. Ważne jest dopasowanie duszy, ale moment, w którym splatają się dwie tak różne dłonie, nie powinien traktowany być zwyczajnie. Moja mała dłoń idealnie leżała w jego wielkiej dłoni. Było to idealne w swoim niedopasowaniu połączenie.

Powinnam już stąd iść. Ludzie dziwnie patrzą na mnie. Od kilku godzin siedzę na dworcu, mam nadzieję, że przyjedzie. Kolejny pociąg z miasta G. za kilkanaście minut. Zaczekam. Może przyjedzie.

A potem już tu nie wrócę.

Mogę się założyć, że gdybym teraz napiła się mleka, okazałoby się, że straciło ono smak.

Pociąg osobowy z…

Nie musiałam słuchać dalej. Wiedziałam.

Wjedzie na tor trzeci przy peronie piątym.

ON:

Mogłaby czekać. Scałowałbym z niej cały smutek, może by mi wybaczyła. Wybaczy mi. Musi.

Pociąg zwalnia. Wiem, że czeka. Inaczej serce nie chciałoby wylecieć mi z piersi. Każdy atom do niej tęskni, dotknąć jej znowu. Nie puszczać już. To naprawdę bez znaczenia, czy potem poniesiemy tego jakieś konsekwencje.

Zatrzymał się. Zakładam plecak na plecy i wyskakuję z pociągu. Kwiaty. Muszę kupić kwiaty. Tylko nie żółte.

Nagle w tłumie widzę rude włosy. Ona. Kwiaty, kto myślałby o kwiatach, kiedy Ona zaraz może odejść? Rozpycham się łokciami, jak mantrę powtarzam stój tam, gdzie stoisz.

Nie odchodź, już nie.

Wszystko Ci powiem, wszystko.

ONA:

Nie widzę go. Dlaczego serce tak szybko podskakuje? Intuicja każe się odwrócić. On. Zauważył mnie. Idzie w moją stronę. Nogi same pchają mnie do przodu biegnij, biegnij- woła każda część mnie.

Biegnij i mu powiedz. Powiedz mu, że już wiesz. Że zrozumiałaś.

ONI:

Nagle jesteśmy. Od nowa. Dłonie. Włosy. Dłonie we włosach. Szyja. Dłonie. Dłonie na szyi. Usta.Liczy się jedna tylko rzecz: jesteś.

Nigdy nie będziemy już musieli bać się o nasz świat.

Słowa, które za chwilę wypowiemy, będą tylko dopełnieniem gestów.


(12.01.2010, sprzedałam się po raz któryś z kolei. )

4 komentarze:

  1. pozdrawiam cię...i zostawiam trochę ciepła

    dobrze mi Tu u Ciebie..bo gdzieś pod skórą blisko

    OdpowiedzUsuń
  2. czytam Cię już od pewnego czasu (nawet nie pamiętam jak tu trafiłam, chyba przez to, że ludzie tak często cytowali Cię na zupie). i kiedyś wydrukuję sobie Ciebie, i będę czytała z kawą pod kocem, popalając papierosy i podkreślając zdanie po zdaniu. każde słowo o tęsknocie, nocach, porankach, dworcach i miłości wbija mi się między żebra z tym charakterystycznym, masochistycznym bólem rozkoszy. uwielbiam Cię, za to jak bawisz się słowem, w jak plastyczny sposób to wszystko przedstawiasz. rysujesz sobie świat, mocnymi konturami zaznaczając swoje własne JA. to cudowne, zazdroszczę Ci tych kredek i kolorów.

    pozdrawiam Cię!
    Twoja wielka 'fanka', czytająca Cię z zapartym tchem

    OdpowiedzUsuń
  3. ciepło się robi na duszy i w sercu, kiedy czytam Takie Rzeczy.

    dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też trafiłam jak inni, przez przypadek. I zostałam. Bo piszesz idealnie. Tak jakbyś nawet zbędnych słów używała będąc świadomą ich zbędności, ale jednak wiedząc, że muszą się pojawić.
    A Świetlickim da się rozmawiać przez całe życie. Dlatego komentuję pod tym tekstem. I też dlatego, że najzwyczajniej w świecie wycisnęło to ze mnie łzy, bardziej niż jakikolwiek inny fragment Twojego pisania. Robisz z czytelnikiem coś takiego, że na nowo chce mu się odczuwać, choćby miał odczuwać tylko ból i samotność.
    Pozdrawiam, choć to banalne -
    N.

    OdpowiedzUsuń