18.6.11

352. nie chcę innego mordercy.

emocjonalne samobójstwo, wbiłam sobie Twój wzrok w brzuch jak nóż. z lewej na prawo, do góry przesuwam, za dużo złych filmów oglądam, usiadłeś i przez cały koncert nie odwróciłeś się ani razu. przerażająca świadomość, że siedziałeś kilka metrów ode mnie, kilka rzędów niżej, a ja nie mogłam Cię nawet dotknąć. najgłupsze z moich kłamstw: że zamknięte zielone pudełko z listami od Ciebie, zapalniczkami, niewypalonymi papierosami, mnóstwem biletów i już ledwo wyczuwalnym Twoim zapachem jest Zamknięte, że nie rusza mnie to już, nie boli. nie widziałam Cię od tylu dni, tyle złego pomiędzy ostatnim pocałunkiem na dowidzenia i tym Twoim spojrzeniem teraz, które doprowadziło mnie do płaczu. wiedziałam, że to wolne miejsce na koncert to kuszenie losu. zdawałam sobie doskonale sprawę z tego, że będzie bolało podwójnie, bo będziesz, a ja nie będę mogła myśleć o Tobie mój. miasto k. chyba nigdy nie przerażało mnie tak jak wtedy. bałam się, że spotkam Cię na ulicy i nie będę wiedziała co zrobić. każdy wysoki mężczyzna niewidziany z bliska blokował moje drogi oddechowe, najgorsza z możliwych śmierci: nie dość, że byłam tak bardzo głodna Ciebie, to mogłam się udusić z braku powietrza. właściwie trzymałam się całkiem nieźle, nie licząc tego momentu, w którym m. musiała mnie do siebie przytulić, bo mogłabym wypłakać całą siebie. potem ta głupia sprawa z płytą, nawet nie potrafię się cieszyć, wywołali mnie tam na środek, a ja myślałam tylko o tym, że na mnie patrzysz i że pewnie widzisz, że mam jeszcze mokrą od łez twarz, chciałam uciec.
najdziwniejsze powitanie na świecie: nie wiem, czy mogę Cię pocałować, rzucić Ci się na szyję, podać rękę, co ty tutaj robisz? znowu mam ochotę uciec i chwilę później faktycznie to robię. jeden papieros, drugi, trzeci, idę pożegnać się z m. i całą resztą, zapalam czwartego, przechodzę kilkadziesiąt metrów i słyszę za sobą czyjś oddech. zaczynają trząść mi się ręce. chwilę później przytulasz mnie do siebie i to już jest mój koniec. już mnie nie ma, chociaż to jest ta chwila, za którą tak tęskniłam, mam Twój zapach i Twoje ciepło na wyłączność. zaczynam trząść się cała, gdybyśmy po prostu mogli tak stać już do końca. wracasz po plecak, odprowadzasz mnie na dworzec, w międzyczasie, żeby zająć dłonie i usta, bo mogłabym zacząć mówić dużo, a to skończyłoby się płaczem, wypalam jeszcze dwa papierosy. odpowiadam półsłówkami, zimno, chociaż w środku krztuszę się emocjami. jestem tak bardzo nie w stanie, że nie potrafię logicznie myśleć. nie wiem, o której mam pociąg, nie wiem z którego peronu odjeżdża, nic, zupełnie. dotykam Twojej dłoni i to jest moja śmierć kliniczna, uwierz, to wszystko, co było później, przeżywała tylko moja poszarpana dusza, milion myśli, kochać się z Tobą, całować, nie, po prostu mnie trzymaj i nie puszczaj, wszystko jest za szybko, za wolno, idź już, nie idź jeszcze. zupełnie nie wiem co mam teraz zrobić i błąkający się uśmiech po moim ucieknijmy, mamy jakieś pieniądze. nie mam pojęcia, dlaczego cytuję akurat żulczyka, pociąg osobowy z katowic do lublińca odjeżdża... przytulam się do Ciebie mocniej i nim drzwi wagonu się zamkną, czuję dotyk Twoich ust na moich.
pociąg rusza, a ja już wiem wszystko. wiem, czego chcę, wiem, że do cholery, jesteś jedyną osobą, z którą chcę coś stworzyć i po raz pierwszy doświadczam tego okropnego uczucia, kiedy to Ty zostajesz na peronie, a ja odjeżdżam. przeklinam w myślach kilometry, odległość znowu jest najbardziej obrazowo ukazaną przeszkodą, dla mnie jedyną, cholerne pięćset kilometrów, Ma. dzwoni i pyta, czy byłeś, czy z Tobą rozmawiałam i kiedy słyszy, że tak, mówi, że mam nie płakać, jak ja mam przestać, kiedy jestem zupełnie rozpierdolona? nie wiem co teraz będzie, wracam późno do domu, udaje mi się zasnąć nad ranem. wcześniej jeszcze rozwiewam czyjeś złudzenia i plany względem mnie, nie mogę być kogoś innego, kiedy jestem tylko Twoja. mówię, że ciągle mi zależy i wtedy znika ten dziwny ciężar, przestaje mnie boleć tak w środku. nie oszukuję już nikogo.
to nie jest tylko głupia zabawa w zmienianie statusów na fejsbuku, to coś dużo większego. jeśli mam świadomość, że Ty i jeśli Ty masz świadomość, że ja, to mi wystarcza. nawet jeśli ma już być tylko gorzej, później przypomina mi się ten list marka do agnieszki i siedzę o czwartej nad ranem na łóżku, obejmując nogi rękami i jak mantrę powtarzam sobie w myślach gdyby mi ktoś powiedział, gdybym miał choć odrobinę gwarancji, że będę mógł być z tobą, choć przez rok, choć przez pół roku, a potem - śmierć, to bym pojechał do ciebie.

dzisiaj nadal nie wiem, co powinniśmy zrobić. bardziej przerażające było to, że byliśmy obok siebie i nie mogliśmy nic zrobić. nadal nie możemy.nadal mnie to przeraża.

5 komentarzy:

  1. ktoś pieszczotliwie nazwany ciołkiemniedziela, 19 czerwca, 2011

    Nie wiem czy dziękować, czy nie, za bardzo bezpośrednie odebranie mi nadziei i planów, które sama wywołałaś. Ale bez wyrzutów, bez niczego. Mam nadzieję, zapewne złudną, że zrozumiesz, że stałaś się przez ten krótki okres kimś bardzo ważnym. Tak, użyję określenia, że najważniejszą osobą, bo potrafiłaś wywołać niekończący się uśmiech na mojej twarzy spowodowany tylko i wyłącznie tym, że jesteś. Nie uwierzyłaś, nie zrozumiałaś, choć bardzo chciałem i starałem. Wszystko co z pozoru było przeszkodą stawało się niczym gdy widziałem Twój uśmiech, kartki które pisałaś w trakcie rozmów, mówione słowa. To bardzo dużo, chyba aż za.

    Przepraszam, że tutaj i tak. Ale tknęło mnie bardzo do tego. Jeśli ja, moja naiwność, łatwowierność i teraźniejsze cierpienie ma pomóc Ci w byciu szczęśliwą - proszę. Choć chciałem/chcę/chciałbym walczyć o kogoś wartego tej walki. Bo się wprowadziłaś w moje życie i serce i przez bardzo długi okres już nie znikniesz. Jest mi tylko przykro i smutno, że coś co z gigantycznym wysiłkiem budowałem, runęło w parę chwil.

    P.

    OdpowiedzUsuń
  2. ostatnio też tak mogę o wszystkim. gdy traci się oś, która trzymała Twój świat, trudno cokolwiek zrobić. od niemal dwóch miesięcy każdy poranek jest poczuciem pustki, brakiem rąk, brakiem myśli i, tak jak napisałaś, fizycznym bólem. u mnie nawet telefon nie dzwoni. mam miliony słów, których nie umiem wyrazić. największą ironią Twojego komentarza jest to, że kanapka z serem i pomidorem kojarzy mi się tylko z Nią. zaś ironią notatki, pod którą piszę ten komentarz jest to, że zielony jest moim ulubionym kolorem, a Ona też trzymała bilety i moje listy w pudełku. ale takie pudełka nigdy nie są zamknięte.

    OdpowiedzUsuń
  3. czemu przeżywasz te same niemal historie co ja kiedyś? czemu czytając Twoje słowa, widzę siebie w Twoim wieku?
    nie kumam tego, z jednej strony mnie to przeraża, z drugiej fascynuje absolutnie.
    cokolwiek będzie, niech będzie dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  4. tak, ruszasz w samo serce tym co piszesz, chociaż zupełnie nie obchodzi Cie to, że jacyś randomowi ludzie w ogóle ośmielają się czytać to co Ciebie tak strasznie boli. Jest mi tak okropnie przykro, że ludzie cierpią, to tak urzeczywistnia osobiste cierpienie takich jak ja.

    OdpowiedzUsuń