23.7.11

356. untitled.

dzwonienie do mnie o trzeciej nad ranem z piątku na sobotę i mówienie kurwa, eta, jestem takim chujem. skurwiłem się, skurwiłem. spierdoliłem to wszystko niczego nie zmieni.

jest mi teraz przykro. ciągle mam przed oczami wyobrażenie nieprzytomnej s. leżącej na podłodze i pijanego m. dziwne, że później trafiam na ten klip, który boli mnie mnie w tym momencie niesamowicie bardzo. miało mnie to już nie obchodzić, bo byłam/jestem tym lekarstwem na najgorsze choroby, wyrzuca się mnie później albo odstawia na półkę. znowu jest źle i znowu ja mam leczyć, rozgrzeszać, głaskać po głowie i trzymać za rękę.
jest mi przykro, bo to już dawno temu przestało być spierdalaniem życia tylko sobie. wszystko, czego m. się dotknie, zaczyna się prędzej czy później spierdalać.
biedne dziecko, które będzie miało tak chujowego ojca. które ma tak chujowego, poprawiam się w myślach i znowu jest mi przykro.

(i można tak mocno nienawidzić, że aż myśleć trzeba było zabić się porządniej. )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz