12.11.11

367. wspólność.

ostatni tydzień nauczył mnie chyba za dużo. od nadmiaru doświadczeń wypadają mi włosy i łamią się paznokcie. nasz wspólny strach. telefoniczna obecność łagodząca ból. prawie jak ciepłe dłonie na moim bolącym brzuchu. śmierć podcina nogi. wszyscy w jednym momencie uświadamiają sobie, że ta jedna-jedyna osoba była tą, która potrafiła patrzeć z dystansem i która trzymała to wszystko razem. w domu dziwnie pusto. przyzwyczajenia wyciskają łzy z oczu. stukanie w grzejnikach (pewnie Dzia. rozpala w piecu), psy szczekające na podwórku sąsiada (pewnie Dzia. wraca do domu) i Ba. mówiąca: bo ja tak sobie siedzę przy tym stole i czekam na niego aż wróci. jednak nie.
zapominamy się wszyscy. nikt nie podejrzewał, ze brak odczuje się aż tak bardzo. bolesne zjednoczenie i zupełny niewstyd podczas płakania. rzeczy, o których wiemy, że i tak się zdarzą, zaskakują. pozbawiają oddechu. nie radzę sobie z brakiem. z dziwną pustką. z świadomością, ze od teraz wszyscy się kończymy. siedzimy u Ba.w pokoju i tak jak zawsze obsiadamy kanapę, krzesła, podłogę i meble. jesteśmy wszyscy i w ciszy patrzymy na ten pusty fotel. i to jest moment, kiedy dokładnie czujemy, że jesteśmy jednością. rozmawiamy dużo. wspominamy.
ciągle brakuje. nigdy sobie nie poradzimy osobno. wszyscy od najmłodszych lat jesteśmy uczeni tego współdzielenia i współprzeżywania. nadmiar zmusza nas do ucieczek, ale tak naprawdę wszystkim chodzi o jedno. o wspólność.
widzieć kogoś w niedzielne popołudnie i nigdy więcej już potem. dobrze sobie zapamiętać kilka słów  i trzymać je tylko dla siebie. szanować obecność innych i cieszyć się z niej.
czas zamknąć jakiś rozdział. może zmienić środek przekazu. nie potrafię już tak wyrażać emocji jak kiedyś. każde słowo wydaje mi się nie pasować, zawierać za mało. może to wszystko jest chwilowe. trafi się paroma słowami i później - całe życie później - już nigdy nic.
za dużo widziałam i za dużo słyszałam. znowu czuję się staro. wielka przepaść. obiecujesz mi, że będziemy odwiedzać te wszystkie ważne osoby. cieszę się, bo mówisz dokładnie to, co podświadomie tak bardzo chciałam usłyszeć. w ciągu kilku dni mnóstwo pożegnań, życzyliśmy sobie nawzajem sił i więcej wiary. to  cudowne uczucie, uświadamiać sobie, że tak naprawdę nigdy nie jest tak, że nie ma się nikogo. czasem tylko trzeba pozbyć się dumy i wrócić albo przestać uciekać.
zawsze będzie gdzie wrócić. tej jednej rzeczy nigdy nie zdołam się wyprzeć.
 mając w pamięci tamtą pełną strachu noc, którą spędziłeś ze mną, chociaż ani trochę nie było tutaj żadnego materialnego dowodu obecności, uspokajam się powoli. jesteśmy w stanie przetrwać to wszystko, bo jesteśmy razem.

2 komentarze:

  1. właśnie teraz wyrażasz to jeszcze lepiej niż przedtem. trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń
  2. przez wszystko trzeba przejść, a lepiej przechodzić z otwartymi oczami - nie po to, żeby uważać na siebie, tylko po to żeby później móc lepiej uważać na innych.
    chociaż boli.
    pamiętaj, że wcale nie musisz być silna, w takich momentach to nie jest żaden obowiązek.

    OdpowiedzUsuń