10.12.11

370. pół szklanki.

p. wyjeżdża. opuszcza ten chory kraj, ucieka stąd i szuka sobie nowego miejsca. jest niezależny, nic go już nie trzyma, i wiesz, nikt tu za mną nie będzie tęsknił. prosi o spotkanie. słychać w jego głosie zwątpienie, nieśmiałość, rozpacz, entuzjazm, strach - sam już nie wie, czemu jeszcze go nie rozszarpało.
to nie jest dobry moment na spotkania. nie teraz, kiedy moja kobiecość jest znowu przykryta niechęcią, kiedy czas jest wielkim nieobecnym a we mnie wybuchają małe wojny, bo nie mogę, bo nie mam jak, bo bezsilność. 
zbierają się we mnie różne informacje, zastanawiam się, czy powinnam w sobie to tak zbierać czy może jednak wyrzucać od razu. uciekam w sen, uciekam w kłamstwo, bo to przecież fałsz w tym uśmiechu, nic więcej. próbuję uciekać w zimność, obojętność, ale jeszcze nie potrafię. taka nieudolność moja, a później płaczę, bo emocje wyszły nie w tym momencie, w którym miały. 
ludzie, którym próbowało się ufać - nowa kategoria. wybieranie takich a nie innych ścieżek jest tylko konsekwencją wyborów nieświadomie podjętych wcześniej. jednostronny brak akceptacji przeradza się w brak dwustronny, a niezrozumienie to wynik dodawania wszystkich tych składników. nie jestem dobra, nigdy nie byłam. wybieram tak, a nie inaczej. odchodzę kiedy chcę i ostatnie czego chcę, to jakieś poklepujące mnie nieszczerze po plecach dłonie.
mam w środku jakąś toksynę, czerń, która jeśli dotknie się mnie zbyt mocno, uwalnia się z pęcherzyka i trafia do krwiobiegu, zaczyna krążyć i zatruwać cały organizm. nie wiem jak pozbyć się tego raz na zawsze, nie wiem, czy na to można umrzeć, nie wiem jak długo jeszcze lekarstwo będzie dostępne. 
wszystkie te spięcia na linii łączącej mnie i Ciebie są albo oznaką zbliżającej się fazy drugiej albo tylko efektem frustracji pomnożonej przez dwa. albo jednym i drugim, co w efekcie daje wybuchową mieszankę. jestem teraz bombą wrażliwą na ten dotyk dłoni na plecach, jestem bombą, która któregoś dnia wybuchnie od nadmiaru emocji i od palącej strachliwości podsycanej bodźcami z zewnątrz. spopielę otoczenie, które nawet nie zareaguje, tylko obróci się w ciepłym łóżku na drugi bok.
do-gryzanie, próbowanie nowych rzeczy, nowych smaków, odwracanie się, uśmiechanie, mrużenie oczu i spojrzenia spod rzęs. w lustrze widzę brązowe oczy, włosy w lepszym niż miesiąc temu stanie. małe osobiste sukcesy i złość, mnóstwo złości. nowymi oznakami starzenia są brak czasu, świadomość, że święta to pojęcie abstrakcyjne. próba trzymania się zasad to kupowanie przypraw i kolejne opakowanie kadzidełek, które kiedyś podarował mi Ł. lista to-do ma coraz więcej odhaczonych pozycji. znowu znajduję przyjemność w robieniu rzeczy przyszłościowych. nowa bordowa sukienka, nowe buty, nowa szminka wydają się być dobrą inwestycją, która najprawdopodobniej zwróci się w postaci pewności siebie i lepszego samopoczucia.
w końcu zaczynają dochodzić do mnie Twoje słowa.

i tak, widziałeś mnie w każdym z możliwych stanów. 

4 komentarze: