15.1.12

374. no love lost.

Ba. i nasze tradycje to ostatnio najlepsze co mam. jabłka, owsianka albo ciche rozmowy o traceniu i odchodzeniu. zdarzyło mi się kilka godzin temu płakać w miskę owsianki jak małe dziecko. tęsknię za małym dzieckiem, którym byłam. za małą dziewczynką, która bez przeszkód mogła przytulić się do swojego Taty. za małą dziewczynką, która miała te swoje naiwne marzenia i przyjaźń prostą i nieskomplikowaną i wiedziała, że doskonale sobie poradzi.
ta dziewczynka we mnie nie chce dorastać. siedzi teraz przed komputerem z butelką wina, joy divsion w tle i zastanawia się, czy naprawdę musiała dojść do tego momentu. czy nie lepiej było zabić się wcześniej albo chociaż udawać, że się nie czuje - udawać tak, żeby aż w to uwierzyć i w efekcie przestać czuć. czy naprawdę trzeba było mi plątać się w te wszystkie skomplikowane związki, przyjaźnie nawet nie z definicji, zobowiązywać się, słuchać i pozwalać wypłakiwać, wmawiając sobie, że tak naprawdę doskonale odpowiada mi rola tej, do której się mówi. pękam. od dłuższego czasu. nie wiem, czy od momentu, kiedy m. postanowił wyjawić całą prawdę, czy może dopiero od stycznia zeszłego roku, albo o kwietnia zeszłego roku albo od sierpnia. a może wszystko zaczęło się niedawno, kiedy p. przytulił mnie na pożegnanie mówiąc, że mam siebie szanować, a ja uświadomiłam sobie wtedy, że nie szanuję się wcale.  nie wiem. może pękam od zawsze. właściwie to jestem silna. mogę znieść dużo. nawet bardzo dużo. ale bardzo dużo kilka razy pod rząd to za dużo. już dawno temu powinnam była przyzwyczaić się do tego, że ta cudowna bajka, w której miałam okazję się znaleźć, to zupełnie nie moja bajka. tym oto sposobem księżniczka zanosi koronę tam, skąd ją wzięła - do wypożyczalni, a jej prince charming rozpływa się w powietrzu, jakby nigdy go nie było. yes, you said you love me no more. będzie z tego jakaś książka w ramach autoterapii. a jeśli nie książka, to przynajmniej chaotyczne notatki, tysiące, miliony słów, którymi będę rzygać albo płakać, bo inaczej nie potrafię.
mamy styczeń. dobry miesiąc na początki. nie wiem jednak, czy jakikolwiek miesiąc jest dobrym miesiącem na początki końca. początki i postanowienia u innych - u mnie jak zawsze inaczej, początki końców, łamanie postanowień. brak siły. chciałabym, żeby ktoś mnie przytulił. kolejna niemożliwa rzecz. nikt mnie nie dotyka. czasem mała n. i wtedy chce mi się płakać, bo ona jeszcze nie rozumie, jak podła jestem. całe życie budować wokół siebie bariery, żeby ktoś kiedyś mógł przyjść, zburzyć je i zostawić mnie całkiem samą. zmienić mnie na tyle, żebym już nigdy nie potrafiła ufać żadnej z osób, która chciała być na tyle blisko, żeby dotknąć mojego ramienia. to jest ten moment, kiedy zostaje ze mnie tylko  to, co możecie zobaczyć. jakaś skóra, kości, włosy. nawet siebie nienawidzę. każdy mój gest, każde moje słowo ma w sobie coś z kłamstwa. uprawiam sobie ten światłowodowy ekshibicjonizm , rozbieram się tutaj do naga, na części pierwsze. i być może tylko tutaj potrafię być prawdziwa. może nie potrafię już inaczej. chociaż i tak jest mnóstwo kopii roboczych tego, co tak naprawdę chciałabym powiedzieć, ale nie powiem, bo wstyd. mała dziewczynka we mnie bardzo prosi don't grow up. to tylko liczby, tak teraz sobie myślę, to tylko kolejna plastikowa karta w portfelu i możliwość upijania się i zatruwania na własną odpowiedzialność. nic więcej się nie zmieni. nie warto uciekać przed czymś, co przecież i tak mnie już dopadło. może i mam wybór: być nieodpowiedzialną i głupią albo zająć się sobą. czas, który dałam sobie nieubłaganie mija, a ja jestem teraz trochę jak esther z szklanego klosza plath, prawda wymyka mi się mimo woli. zaczynam wpadać w to szaleństwo, zamiast uspokoić się i znaleźć sobie zajęcie, wariuję. przychodzą nowi ludzie, z którymi nie wiem co mam zrobić. wpuścić, zostawić? co zrobić z tymi, których już wystawiłam za drzwi z karteczką oddam, zużyty? może jestem już zbyt pijana (ludźmi, życiem, winem), żeby móc zrobić cokolwiek. może zabrnęłam za daleko. a może wcale nie jest tak źle, kiedy jeszcze potrafię uświadomić sobie swoje błędy. 

10 komentarzy:

  1. obdzieramy się z wszystkiego. każdy na swój sposób. obdzieramy się ze złudzeń i fałszywości, wyciągamy siebie samych, tych najprawdziwszych, pokazujemy wszystkim, licząc że ktokolwiek, ktokolwiek nas zrozumie.
    chociaż to i tak jest precyzyjnie zaplanowana kombinacja słów, kasowanych i pisanych od nowa (na samym początku przeczytałem 'światłowodowy ekshibicjonizm' jako 'świadomy ekshibicjonizm' i kto wie, czy to nie jest lepsze określenie). zdań, które skreśliło się na zawsze nikt nie zliczy. może nie tyle wstyd, co strach. strach przed samym sobą, nie chcę się przyznać sobie, że jestem taki, jakim nigdy nie chciałem być. bo jest ten kawałek plastiku w kieszeni i od czasu do czasu robię wszystko to, czego nie znoszę robić i czego nie znoszę u innych. jak zawsze. przecież to wszystko to jedna z masek. moja propozycja zachowania wobec świata.
    chciałbym znów być sobą. ale nie mam dla kogo, a dla samego siebie trochę nie wypada. jestem gotów ściągnąć wszystkie iluzje i pozy dla kogoś, kto podświadomie (chociaż przecież psychologia nie uznaje takiego określenia) wyczuje, że lubię earl greya i pocałunki w czubek nosa. że gdy mam gitarę w rękach, całkowicie się zatracam. że moje muzyczne monologi są naprawdę długie tylko wtedy, gdy czuję, że ktoś naprawdę słucha.
    ale przecież takich ludzi nie ma, nie dookoła mnie i w ogóle nigdzie.

    OdpowiedzUsuń
  2. 'chciałbym znów być sobą. ale nie mam dla kogo, a dla samego siebie trochę nie wypada'

    no i chyba to jest trochę to, co mnie hamuję. dobrze odnaleźć się w czyichś słowach.

    OdpowiedzUsuń
  3. ja w Twoich słowach też się odnajduję. poza tym pisałem to już gdzieś chyba, że to jest w zasadzie główny cel czytania blogów - szukamy fragmentów siebie we fragmentach kogoś innego.
    i niezmiernie mi miło, że znów znalazłem się na Twojej zupie. szkoda tylko, że coraz więcej osób cierpi na takie same braki, co Ty i ja.

    OdpowiedzUsuń
  4. to jest właśnie najgorsze. świadomość, że inni też czują się tak źle. blog to chyba taka obustronna forma terapii. piszę i ktoś mnie czyta (a więc słucha), a z drugiej strony znajduje siebie w słowach moich, więc potrafi w jakiś sposób określić swoje własne uczucia.

    (cały czas myślę, czy wpadłabym na Ciebie tutaj, gdyby nie am i parę innych rzeczy)

    OdpowiedzUsuń
  5. świadomość, że nie jest się samym ze swoim problemem na pewno pomaga. gorzej, że nikt z nas jeszcze nie znalazł optymalnej recepty na wszelkie wewnętrzne dolegliwości duszy.

    [życie jest zbyt pokomplikowane, aby cokolwiek przewidywać. ale z drugiej strony... ja zawsze potrzebowałem jakiegoś odbiorcy, kierunku w którym wysyłam swoje słowa; niekoniecznie nawet reakcji, raczej świadomości zrozumienia. to naturalne, że jakąś drogą szło by mnie znaleźć w tej wielkiej sieci. na pewno znacznie, znacznie później, ale zawsze]

    OdpowiedzUsuń
  6. i już nie uciekniesz ode mnie. nawet taka wściekła jesteś taka dobra.

    OdpowiedzUsuń
  7. nie ucieknę od ciebie? czyli od kogo?

    OdpowiedzUsuń
  8. nie jest jeszcze tak źle. czasami znikąd pojawia się ten moment w którym przestajemy mieć wszelakie wątpliwości.

    OdpowiedzUsuń
  9. a może tylko dla siebie trzeba być sobą? może właśnie kierunek na zewnątrz jest ślepym zaułkiem. to jak z okruchem lustra w oku, albo z biblijną belką naprzeciwko drzazgi. żeby na dobre rozebrać się ze złudzeń, trzeba to zrobić przed lustrem (przed monitorem?...), a to niebezpieczne przy tak niskich wartościach progowych bólu, jakie wyhodował nam post-postmodernizm.
    i dlatego całe życie potrzebujemy kogoś drugiego, kto będzie na nas trochę ślepy, ale nie na tyle, by w odpowiednim momencie nie odwrócić lustra twarzą do ściany.

    OdpowiedzUsuń