13.2.12

381. here's looking at you, kid.

mogłabym przestać i nie wierzyć już w metafizykę, zamiast duszy - duszenie się i podduszanie jakichś resztek mięsa, człowieka. bo coś wbija mi się w kręgosłup: a co jeśli nie ma żadnych uczuć, a co, jeśli nie ma dotyku innego niż ten fizyczny? nikt nie mówił, że będę kiedykolwiek czymś więcej niż tylko ciałem.  pierwsze opadają mi ramiona, później zginam się w pół, zwijam się w kłębek i próbuję zasnąć (nieskuteczne moje wysiłki - może naprawdę powinnam iść na spacer). powoli nazywam wszystko to, co podostawało mi się do krwi - nic nie jest na moją korzyść. proszę, niech się pani nie martwi, bo to może być stres, to nie musi nic znaczyć. potrzeba mi wyjechać, ochłonąć trochę. potrzeba mi ramion dobrych i kojących, bo tylko tak mogę jeszcze uwierzyć, że sama nie pozbawiłam się możliwości spełnienia jednego ze swoich pragnień. nie wiem do kogo mieć pretensje o to, że w takim momencie muszę sobie z tym całym strachem radzić sama, więc złość kieruję na siebie. to tylko wszystko pogarsza.
idziemy z s. pyta, dlaczego zaczęłam wątpić w ludzi. bo wiesz, to tak jakbyś przestała już wierzyć, że jesteśmy dobrzy. uśmiecham się krzywo, zaciskam zęby. nie odpowiadam. później ten temat wraca w innej rozmowie i uświadamiam sobie wówczas, że ludzie przestają być dobrzy, kiedy przestają rozmawiać. zauważam jakieś subtelne różnice między mówieniem a rozmawianiem. rozmowa nie wymaga wielu słów - wymaga szczerości. przemilczenia i kłamstwa dla większego dobra ranią znacznie bardziej.
oglądam casablancę. widziałeś mnie już taką: nie potrafię płakać łzami, skulam się tylko i trzęsę. tym razem nie miał kto wyłączyć. chyba powinnam być jak rick. poświęcić się, powiedzieć, że przecież we'll always have paris i pogodzić się z faktem, że z wszystkich  barów (serc) na świecie, wszedłeś właśnie do mojego. mogę jedynie żałować, że ostatni pocałunek wcale nie był taki katastrofalny jak powinien. a chciałabym, jeśli już miałby być ostatnim. i później jeszcze nie bez bólu i nie w domu, za to w miarę szybko - umrzeć od tych literek, co się układają w to potwornie obco i zimno brzmiące dzisiaj słowo.
to wszystko to taka bzdura, bo przecież  i said i would never leave you. nawet jeśli.

11 komentarzy:

  1. ja, moje ramiona, łożko i whisky czekają, wiesz?

    OdpowiedzUsuń
  2. Go ahead and shoot. You'll be doing me a favor.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a to niemożliwe, bo silny nie ma w sobie tyle siły nigdy, by zranić słabszego.

      Usuń
    2. albo jeszcze gorzej: zamiast strzału jest rzucanie się na szyję.

      Usuń
    3. Myślisz, że w tym filmie Humphrey był tym słabym? ;]

      Usuń
    4. nie. nie wiem. popatrz: czy wybór taki a nie inny był odwagą czy tchórzostwem? pokazem siły czy jej braku?

      ale najbardziej skojarzyło mi się z sytuacją w której byłam i z 'nieznośną...' kundery.

      Usuń
  3. strasznie mi miło zatem. myślałem, że w świecie czyichś snów już od dawna mnie nie ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to pewnie przy okazji robienia porządku na dyskach zwizualizowało mi się kilka rzeczy. no i dwa-trzy zdania z Twojego 125.
      a tutaj nie ma czasu na analizowanie.

      Usuń
    2. najzabawniejsze w 125 i innych moich dłuższych notatkach jest to, że powstają z pojedynczych myśli, które gromadzę gdzieś w Moleskinie. mimo to tworzą sensowną całość. ale to bardziej dlatego, że cały czas przeżywam to samo, jedno wielkie deja vu i flashbacki.
      i w sumie ciekawi mnie, w jakiej sytuacji w Twoim śnie się pojawiłem, ale nie chcę być zbyt wścibski (za bardzo się przejmuję tym, czy komuś sobą zawracam głowę).

      Usuń
    3. gdybym tylko pamiętała co to było, to bym powiedziała. ale po tym jak odstawiłam tabletki, to sny wyglądają jak urywki filmu zmontowanego z kilku innych.
      tak można mi głowę zawracać - myślę. :)

      Usuń
    4. ach, rozumiem.
      o, dobrze wiedzieć :)

      Usuń