7.10.12

392. gloomy sunday.

znowu jestem cielesną wersją słowa przepraszam. wszystkich przepraszam. najbardziej za to, że mnie nie ma. cały weekend potrafię spędzić albo w kuchni albo w łóżku i nie ma w tym nic z uroczych zapowiedzi szczęśliwego pożycia małżeńskiego, bo wszędzie tam jestem sama. gotuję obiad albo robię kolację i nie jem tego później, bo po co - wygodniej, lepiej jakoś położyć jest się na materacu i patrzeć w sufit. a na suficie same intrygujące sprawy - pięć haków, jedna samotna lampa i jedno pęknięcie wzdłuż. łatwiej mi się ostatnio utożsamić z sufitem niż z podłogą. czyżbym trzymała się w tym pozornym pionie zbyt długo, że teraz chce mi się zawisnąć w nim na wieki na którymś z tych haków? zastanawiam się, czy wystarczy moment, kiedy stanę na biurko i tak się powieszę czy może nim zdążę zawisnąć, to wyrwę połowę sufitu i hak, bo przecież taka lekka to ja już znowu nie jestem. na takich rozważaniach bardziej pesymistycznych niż jakichkolwiek innych upływa mi cała niedziela i to nie jest tak, że ja nie chcę żyć, wręcz przeciwnie, ja bardzo chcę żyć, ale żyć, a nie tak sobie egzystować od poniedziałku do poniedziałku i udawać, że mnie to wszystko porusza, chociaż w środku jestem zimna i głaz. taką mam ostatnio niechęć do wszystkiego i do wszystkich, permanentną wręcz mogę ją już nazwać, siedzę i myślę, że miliard razy bardziej wolałabym być w całkiem innym miejscu, myślę usilnie i nieprzerwanie, głupio licząc, że mnie samo to myślenie tam przeniesie, ale nie - trzyma mnie potwór przed-maturalny i aż mnie szlag przejaśniutki trafia, kiedy pomyślę, że wyzwolenie jest mi teraz jedyną barierą. przez dwa i pół roku czekałam na ten moment, licząc, że teraz zamiast tęsknić, będzie mi się oddychać lekko, bo wszystko będzie czyste i klarowne, bo będę wiedzieć. zamiast meblować sobie przyszłe Miejsce, muszę przemeblować sobie porządnie w głowie i jak zawsze mam problem - czy wyrzucić coś czy zostawić, bo się jeszcze może przydać. i tak - całkiem banalnie - pozbywam się złudzeń, bo te się nigdy nie przydają i zastanawiam, czy warto jeszcze marzyć o kilku rzeczach, skoro w kilku ostatnich podejściach życie pokazało mi środkowy palec i pozwoliło wypieprzyć się prosto do kałuży z błotem, zimną wodą i całym zestawem fałszywego smrodku, jaki pozostawiają po sobie ludzie, którzy innym przedstawiają się jako moi przyjaciele.
czy to coś złego, że przy samej końcówce wracania mojego do mnie, do siebie, jestem już pewna, że nie chcę dać się uwiązać przy kolejnej oświatowej instytucji i pozwalać, żeby traktowali mnie jak psa? wcale nie chodzi o to, że ja sobie nie potrafię na tych uczelniach i wydziałach znaleźć miejsca, bo że studiować będę bardziej hobbystycznie niż przyszłościowo to już doszliśmy do tego dawno, ale, do kurwy nędzy, jak sobie pomyślę, że przez pięć lat mam się spinać dla jakiegoś papierka, kiedy w ciągu tych samych pięciu lat mogłabym smakować, przeżywać i chłonąć bez ograniczeń, tak jak sama chcę, to mi każda komórka w ciele protestuje. jasne, słuchając tych rozmów szkolnych, to bierze mnie pusty śmiech - tak bardzo już chcę iść na studia, imprezować i nie mieszkać z rodzicami - może gdybym tak myślała jak inni mówią, to byłoby mi łatwiej i więcej miałabym w sobie entuzjazmu. szkoda tylko, że mam gdzieś głęboko w główce zakodowane, że picie i życie za pieniądze rodziców, którzy ciężko na to harują jest bardzo dziecinne i nieodpowiedzialne. i że kiedy ma się dwie rączki, to trochę wstyd jest prosić rodziców, żeby dali mi pieniądze, za które ja pójdę się zabawić, a o podziękowaniu nie wspominając, bo przecież rodzice są od tego, żeby spełniać zachcianki swoich dzieci. później się spotyka takich podwójnie leworęcznych z magistrem przed nazwiskiem i życiowo kompletnie nieprzystosowanych. ściągają z tych matek i ojców i jedyne co potrafią oprócz tego, to pić bez końca i ciągle być trzeźwym. moja mentalność dwudziestopięciolatki ostatnio bardziej ukierunkowuje się w stronę mentalności starej panny albo matki polki - nie wiem czy nadmiar beżu w szafie jest tego skutkiem czy przyczyną. coraz mi lepiej we własnej skórze pod wieloma względami, jedynie ten nadmiernie uwydatniony krytycyzm w stosunku do tej dzieciarni wokół mi przeszkadza, bo może podświadomie też chciałabym taka być albo nie mogę znieść tego, że sama taka byłam. w gimnazjum.
jasne, że brakuje mi beztroski. problemy się mnie łapią, a ja sobie z nimi radzę w mniej lub bardziej dorosły czy też może wyrafinowany sposób, ale nie uciekam się do metod głupich i niezrozumiałych.
jestem trochę jak ta dziewczyna z pociągu wrocław-gdynia, która mówiła, że trochę wcześnie rzuciła się na samodzielność i do wszystkiego musiała sama, że nikt jej nie pomagał. dziwna gorycz przebrzmiewa przez te słowa i trochę widzę w nich siebie. chcę tutaj zostawić najbliższych, w jakimś stopniu wykreślić się z tego życia tutaj i postawić wszystko na jedną kartę; wyemigrować za sercem na drugi koniec tego chorego kraju, żeby budować sobie własną twierdzę, Miejsce i Dom, budować nie na iluzjach, a na wszystkich wyrzeczeniach, jakie do tego momentu nas doprowadziły. coraz gorzej znoszę te rozstania, modlę się o to, żeby nie wypierdolić się na ostatniej prostej i jedyne czego chcę, szczególnie w takie dni jak ten, to położyć się na kanapie z głową na Twoim ramieniu i oglądać do rana wallandera albo tak zwyczajnie, bez żadnych spięć i świadomości, że będziemy musieli się za kilka-naście lub dziesiąt godzin pożegnać, poleżeć. coraz gorzej znoszę te rozstania. wsiadam do pociągu, znikasz mi z oczu i już naprawdę mnie nie obchodzi, że ktoś siedzi obok mnie - uderzam w płacz i maże mi się na twarzy ta maska szczęścia i spokoju. wcale nie czuję, że wracam do domu. jest gorzej, czuję się jakbym z domu wyjeżdżała - notuję w kalendarzu i to jest śmieszne, bo na chwilę obecną czuję, że moje rzeczy mają dwa domy, a ja sama jestem bezdomna, albo może - Dom mam tam gdzie Ty albo jeszcze bardziej - Dom tam, gdzie jesteśmy razem.
zdarzyło mi się myśleć ostatnio, że jestem cholernie szczęśliwa, bo Ciebie w życiu spotkałam i bo Ty chciałeś mnie poznać. taki dziwny splot sytuacji, ludzi, przypadków, dziwny moment w naszych życiach i oto byliśmy.  Ty -dwudziestoletni student i ja, piętnastoletnia gówniara, która zakochała się w Twoich słowach jak w dobrze napisanej książce. łatwo było nas sobie wyobrazić jako wariację na temat żulczyka, wiśniewskiego i kilku wierszy świetlickiego, szczególnie tego o łunach i tego o mentalności hotelowych gości. wiem, że siedzieliśmy u p. w pokoju - Ty na łóżku, ja na podłodze i to ona właśnie poruszyła ten temat. doskonale wie, ile przeszliśmy i patrząc na to wszystko, co mamy za sobą, spokojnie mogę powiedzieć - nie spodziewałam się. i spokojnie, choć ciągle z lekkim zdziwieniem, że mam komu mówić, mówię, że kocham. nawet jeśli to tylko dwa słowa, które niektórym na język przychodzą zbyt często, ale mnie - tylko raz, tylko na linii pomiędzy nami. wtedy, na samym początku, nie myślałam, że dojdziemy do takiego momentu. miałam w sobie dużo więcej szczerej naiwności i to chyba ona najbardziej ucierpiała w ciągu tych dwóch lat. czuję się odporniejsza, od lipca oddycham bez respiratora, czasem tylko w nocy się budzę albo śni mi się coś złego i nie bardzo wiem co robić, więc wyrywam się z Twoich objęć (bezskutecznie), albo - częściej, bo przecież częściej śpię sama - ciaśniej owijam się kołdrą i nie pozwalam złemu więcej przychodzić.

i tak całkiem nie na temat -połowa mojego życia jest w jednym miejscu. tutaj. czasem aż się dziwię, że to wszystko było i że to wszystko ja.

1 komentarz:

  1. ja przez tą mentalność twierdzę, że studia nie wybiera się w celach hobbystycznych, ale po to, żeby później mieć po prostu na chleb; denerwują mnie pseudo-humaniści, którzy idąc na socjologię lub politologię, nie myślą w ogóle o przyszłej pracy - to trochę sztuka dla sztuki, studiowanie dla studiowania jest chore.

    OdpowiedzUsuń