2.11.12

396. o mężczyznach.


wyglądasz całkiem nieźle jak na kogoś, kto zawiódł się kolejny raz - mówi  i w głowie słyszę jakąś smutną piosenkę the smiths. uśmiecha się tak zabawnie, połową ust tylko, kącikiem,  obserwuję to ukradkiem, spod spuszczonych na twarz włosów, nerwowo grzebiąc po kieszeniach, w których zamiast zapalniczki znajduję okruchy tytoniu i paragon z hipermarketu na butelkę 0,7 wódki i paczkę marlboro goldów setek. w czarnych butach na obcasie chwieję się lekko, jest mi niebłogo, niedobrze - obcy ludzie mają rację, tak bliscy ludzie, że aż obcy. mamy luty, miasto k. dysponuje pełną gamą szarości, czuję się jakbym miała w głowie czarno-biały film. zapisuję na kliszy te niewygodne momenty monochromatycznie, o wiele trudniej będzie mi je później ocenić. stoimy przed mieszkaniem. mieszkanie blisko dworca, od razu mam skojarzenia z wierszem świetlickiego, ale tutaj nie ma miejsca na dobre rzeczy. to jest ten moment - odpalam papierosa, bo dał mi swoją zapalniczkę, lekko się chwieję, w torbie ciąży nieotwarta wódka (wódka nas otworzy - mówił kiedy staliśmy przy kasie w tesco, a ja nie wiedziałam o prawdziwym przekazie tych słów, przekazie dotyczącym rozwartych nóg) - to jest ten moment, w którym jeszcze nie wiem ale już się domyślam. mężczyźni życia wsiadający w samolot, na chwilę  zamiast być w moich oczach wiecznym tchórzem stał się mężczyzną z wszystkimi samczymi cechami - magia feromonów, znajoma nuta w jego obcym dotąd zapachu, dłonie, które poczuły się tak pewnie na moich ramionach i chwilę później, obejmując mnie w talii, wtula twarz w moją szyję. oddycham i czuję, że tylko wódka pomoże znieść mi jego nadmiar. widzę czułość w jego oczach i mam ochotę splunąć w jego, nie, w swoją twarz - upokorzenie się od razu, nim wstanę z materaca, nim pozbieram niezdjęte ze mnie jeszcze teraz ubrania. jest tak czuły i delikatny, kiedy przepuszcza mnie w drzwiach, kiedy pomaga zdjąć mi płaszcz. pijemy wódkę, nie wystarczy wódki, żeby cię zapomnieć - myślę teraz cudzymi słowami nie o mężczyźnie, który siedzi obok, ale o tym, który wiedział o mnie wszystko. jak ja mogę się tak spuszczać, tak się pozbawiać resztek godności tylko dlatego, że kilka-naście (dziesiąt) nocy wcześniej ktoś odwrócił się do mnie w nocy plecami i od tej pory nie odwrócił się w moją stronę ani razu? patrzę na mężczyznę obok i to również jest ten moment, który każda kobieta przeżywa - mężczyzna którego nie chcemy, ale o którym wiemy, że da nam wszystko, na co zasługujemy. nie mogę o tym myśleć za dużo, twoje zdrowie mała - mówi, wypijam i robi mi  się niedobrze. wymiotuję więc mu na podłogę z paneli, na materac - słowami. płacze za mnie, jakby mając nadzieję, że dzięki temu mi ulży, że chociaż trochę mi pomoże. że ja poczuję się lepiej - ale nie. nie jestem która czuje się lepiej. w pewnym momencie wszystko wokół przestaje być wyraźne. kontury się rozmazują, tracę równowagę, serce bije mi szybciej. zaczynam się śmiać i podchodzę do radia, usiłując jakoś wyłączyć to przeklęte the cure. jeżeli miałabym umrzeć, to tylko przy lovesong, ta piosenka to samobójstwo. łapie mnie nim upadam, wcześniej zdążył włączyć jeszcze znienawidzone przeze mnie telepopmusik - tracę kontrolę, pamiętam tylko jak ściskał moje nadgarstki i próbował całować, pamiętam moment zamykania powiek i nagłe poczucie obcości - obce ciało na moim, obce miejsce, wszystko tak bardzo obce. obce dłonie dotykają nie tak.  myśl o obcości była ostatnią, z którą łączy się jeszcze wspomnienie lekkie zawrotu głowy i nagłego uczucia przytłaczającej pustki. pustka była też  pierwszą myślą po przebudzeniu. czwarta nad ranem, pusty materac, z którego wstałam. obojętne zbieranie rzeczy, ubieranie się, otwieranie drzwi i znowu fala obcości - czekaj-mówi - czekaj, zamówiłem taksówkę. rozstajemy się szorstko, jakby noc nie zaszła. nawet jeśli próbuje dotknąć mojej dłoni (chłonę przecież emocje przez dotyk) to trafia na skórkową rękawiczkę, która nie przepuszcza go głębiej. cała jestem w warstwie ochronnej, którą zdoła przebić tylko jakiś impulsywny ruch, jakiś rozpędzony pociąg z gdyni do katowic, jakieś mała, będzie dobrze wyszeptane w moje włosy. wychodzimy, wsiadamy do taksówki, pakuje swoje bagaże. chyba jesteśmy straceni dla tego miasta - mówi. w tym mieście nie ma dla nas miejsca, to miasto ocieka słonawym masochizmem, każdy budynek tutaj boli i rozdziera, bo kiedyś miało się tendencję do robienia z rzeczy i miejsc symboli, bo było się na tyle naiwnym, że pozwalało się sobie miejsca i rzeczy chłonąć - myślę, a niezakończona jeszcze noc odzywa się we mnie tępym bólem głowy. tak bardzo nie ma dla mnie nigdzie miejsca - nie było w tamtym mieszkaniu na wąskim materacu, nie ma w tej taksówce i nie będzie na dworcu, nie będzie w pociągu. w domu też można tylko się obijać o znajome twarze i głosy, w książkach szukać słów, ale z pewnością nie miejsca. nieskończona bezdomność, bo się dom miało w człowieku, a nie jak powinno być - w pewnej konstrukcji z cegieł i cementu, z dobrym fundamentem i dachem. dworzec, więc wychodzę z samochodu i trzaskam drzwiami, w głowie mam huk i kojącą pustkę, ciszę później. idę w ciemność. kupując bilet w automacie, przypominam sobie czerwiec i to, jak tamten mężczyzna, który był wszystkim, wyciągał z mojego portfela dziesięciogroszówki i wrzucał, bo sama byłam zbyt roztrzęsiona, żeby to zrobić. myślałam wtedy tylko o tym, że sobie bez niego nie będę radzić, że każdy dzień bez niego to jakaś niepełność, to życie tym, co można nazwać minimum z minimum, a więc - egzystencja wyprana z jakiegokolwiek sensu; teraz sama wrzucałam monety i już nawet nie dziwiłam się, że nie mam z tym problemu. można się rozpaść w środku jak ja się rozpadłam i pozostać tylko ciałem, obiecałam więc sobie, że nigdy więcej nic dla nikogo ponad niedobre ciało. jednak nawet ciałem nie potrafię być - nawet jeśli widać skórę, to skóra jest nieczuła. w środku tak bardzo nie ma niczego, co mogłoby przypominać duszę, nie ma dobroci, uczuć - nie ma, tak jakby zabrał wszystko ze sobą wtedy, kiedy odwracał się do mnie plecami. zabrał mi zdolność do drżeń, do przeżywania rozkoszy od dotykania. ciało bez duszy nie ma na czym się opierać. zapadam się w sobie, wsiadam w pociąg tak bardzo nie w tym kierunku co trzeba. obojętność, która towarzyszy każdej podejmowanej decyzji jest tylko krzykiem rozpaczy, brakiem nadziei na cielesno-duchową kompletność, tęsknotą za drżeniem pod dotykiem właściwych dłoni. pasuję chyba tylko do jednego sposobu dotykania, każdy inny mnie kłuje.

(podobieństwa zupełnie przypadkowe, kawałki prawdziwej historii, głęboka szuflada, jutro może być już za późno, wcale nie będzie za późno, decyzje są Twoje, tak dużo alkoholu, tak mało krwi, luty-marzec2012, ciąg dalszy następuje)

11 komentarzy:

  1. Przerażające trochę w sumie, ale niezły flow. Gorzkość.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam to i trudno mi uwierzyć, że to jest fikcja, bo bardzo łatwo jest sobie Ciebie na miejscu tej bohaterki wyobrazić.

    PS. Bardzo Ci ładnie w tych ciemnych włosach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mogę sobie myśleć, że się znamy na tyle, tak?
      i też lubię swoje ciemne włosy. :)

      Usuń
  3. kundera, nieznośna lekkość, str. 167.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przecież doskonale wiem. po tym, jak masz zaznaczone 'einmal ist keinmal', nie zdziwiłbym się, w jakim stopniu podobnie pokreśloną mamy tę książkę.

      Usuń
  4. Wejść po tak długim czasie i przeczytać. Nie wiem po co i do czego mi to potrzebne, ale cholera siedzę i czym. Kompletnie bez sensu.

    OdpowiedzUsuń
  5. To co napisałaś tylko potwierdza to, co teraz czuję. Nie będzie już nigdy żadnych innych, którzy zastąpią Go w całości.

    OdpowiedzUsuń
  6. i znów idealnie pasuje.

    OdpowiedzUsuń