11.1.13

414. love in vain /1.

wiedział, że mi to zrobi. wtedy, w lipcu, kiedy wrzucałam swoje rzeczy do plecaka, a on przeszkadzał mi w tym, trzymając mnie w mocnym uścisku; wtedy, kiedy tak bardzo bolała każda inna skóra, z którą się łączył, a ten ból we mnie zagłuszał swoim przyspieszonym oddechem przy moim uchu - wtedy już wiedział, że mi to wszystko zrobi. (gdzieś w środku odzywa się gorzkie z szacunku i sympatii, powiedziałby mi teraz, że już o tym rozmawialiśmy, ale trudno mi wierzyć, że cokolwiek było szczere, prawdziwe; że cokolwiek zostało skończone)
wiedziałam, że mi to zrobi. wtedy, w lipcu, kiedy wrzucałam swoje rzeczy do plecaka, miałam swoje powody, swój ból, swoją niewytrzymałość pomieszaną ze zdeptaną na początku grudnia dwa tysiące jedenaście kobiecością, czego nie mógł zrozumieć, co odsuwał od siebie, jakby nigdy go nie dotyczyło. wtedy tak bardzo bolała mnie każda inna skóra, z którą się łączył, a mimo to tak dobrze było mu wierzyć - bezdennie, naiwnie, szaleńczo, z maniakalnym uporem brnąć w wyznania, otwierać się i płakać, jeść razem śniadania i podejmować szybkie decyzje typu jedziemy na iksy, jedziemy nad morze, zapadać się bardziej niż kiedykolwiek, rozbierać i rozkładać się przed nim albo pod nim. wtedy już wiedział, że mi to wszystko zrobi.
to stąd ten mój głuchy, pusty, duszny krzyk. mentalny, głębinowy. wycofuję się powoli z życia i jakimś dziwnym trafem każdy krok do tyłu to są jakieś nowe ramiona - stać mnie jedynie na wyszeptanie przepraszam i chwilę później zabijam, zapijam w sobie wewnętrzną walkę zostać-czy-uciekać.
wydaje mi się, że znowu robisz złe rzeczy - pisze do mnie z całkiem egoistycznych pobudek, bo podobno moje upadki sprawiają mu ból i ma wyrzuty sumienia. skarbie, myślę, dlaczego miałabym robić złe rzeczy? popatrz, jak ja ładnie mam już tylko siebie, a dni uciekają tak szybko, że nie nadążam z liczeniem który to już raz tamto miasto albo ile butelek wina i biletów w kieszeni czarnego płaszcza, ile bezsennych, bo nie-samotnych nocy i ile masek nakładanych na chwilę przed odpaleniem pierwszego papierosa.

***
jest dwudziesta zero osiem, znowu są telefony, bo których nie mogę się ruszać, to jest tak ładnie powiedziane, że ktoś bardzo chce, ale z drugiej strony tak bardzo się boi. powinnam mieć wokół siebie jakieś znaki ostrzegawcze, mniej subtelne niż te sprzeczne sygnały, które ciągle wysyłam. nie wiem co mam ci powiedzieć - mówię i naprawdę, kompletnie nie wiem. przecież jakaś część mnie chciałaby zostać w tych ramionach, nie wycofywać się, nie uciekać. odchodzenie dla czyjegoś dobra - myślę z bardzo gorzkim uśmiechem na ustach, kiedy piszę te słowa, to tak bardzo tutaj pasuje: tylko nieuleczalnie chorzy idealiści mogą tyle razy popełniać te same błędy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz