27.6.13

427. kwiecień-maj-czerwiec

12.04
są rzeczy, z których nie mam ochoty się tłumaczyć, ale i tak wiem, że ostatecznie rozliczy mnie z nich przyszłość. to trochę banał, ale świadomość jest bezlitosna. zaduszam w sobie potrzebę pisania sześcioma kawami dziennie, upiorną matematyką i rytmiczną muzyką. czasem tylko w nocy zdarza mi się rozpaść, bo są jednak ludzie, którzy nieustannie obijają mi się o żyły. nie wytrzymam tak długo - ciągłe nerwy, ciągłe czekanie, od dawna już żadnej spokojnej, bezpiecznej nocy, od dawna już nie ma ramion, bezpiecznych ram, w których można się ułożyć i na krótką chwilę być znów sobą, być mną wcaleniesilną i takbardzokruchą.
to miała być ostatnia prosta, a ja wciąż mam wrażenie, że balansuję nad przepaścią - gdzieś coś musiałam zrobić nie tak albo po prostu wciąż brak mi pewności. mamy połowę kwietnia, zaczyna się wiosna, jest kilkanaście minut po dwudziestej drugiej, a ja dokładnie wiem, że wybrałam źle, że trzeba mi będzie przejść przez to wszystko jeszcze raz, bo nigdy nie ma tak, że udaje się za pierwszym razem - zawsze musi być jakiś zły wybór, zły ruch, który prowadzi do czegoś lepszego, niewygoda sytuacji pokazuje, czego tak naprawdę potrzeba.
mam w zeszycie kilkanaście zdań o zimowych wiatrach, o wyziębianiu, o spięciach milisekundowych i wiecznych niedotykach. coraz więcej rzeczy prowokuje mnie do myślenia o rzeczach już dawno pogrzebanych. nadal myślę o tym wszystkim w kontekście nierealności, zgrabnych zdań, sprzyjających rozpadom pór roku. tłuką się po głowie jakieś banalne, nabrzmiałe patosem zbitki wyrazów, które mogą ułożyć się w patetycznie brzmiąca zdania: wiele rzeczy można zrobić z miłości, nawet odejść można.
za słaba jestem na te algorytmy, na te obliczenia, na chemię, co pomiędzy, żeby dobrze odgadywać kategorie, w jakich się mnie traktuje. szczerość uczuć przeciwstawiałam literackim wprawkom, słowom, które teraz wbijają mi się w zwoje mózgowe.

21.04
coś pękło, coś padło - kilka dni wypełnionych po brzegi płaczem, żeby ostatniego  takiego płaczliwego poranka spojrzeć sobie w twarz, spojrzeć w lustro i przypomnieć sobie kolejny raz, że pękanie jest nieuniknione. ślicznie pozbywam się kolejnych warstw, ranię jednak stopy o to, co ze mnie opada. są martwe naskórki, są włosy, są połamane paznokcie, wreszcie - jest ten rodzaju płaczu, którego nikt nigdy nie nazwie łzawieniem.
coś pękło, coś padło, ale to nie znaczy, że nie ma we mnie dystansu. dystans jest, to ta agresja, to to ciągłe nie mam siły, idź już, odejdź, bo się nie uda.

12.05
mów co u ciebie
otóż u mnie przede wszystkim czas którego już nie gonię
wspólny oddech podzielony na dwie daty 
układana wokół słowa kabotynizm książka 
u mnie nic

25.05
trochę mnie boli i nawet nie pokażę Ci w którym miejscu, bo przecież nie tyle nie chcesz patrzeć, co zwyczajnie nie chcesz tego widzieć. i ja to wytrzymam, to śmiesznie bolenie i te drgania gdzieś w środku, bo przecież nie takie rzeczy się wytrzymywało. to nie o to chodzi, bardziej, że gdzieś jest trochę lęku, który rozdziera, który mnie strzępi: tak już będzie zawsze bolało. nie chcę permanentnego stanu bolenia, który mi blokuje oddech, uśmiech, jakieś lepsze słowo i spojrzenie. nie chcę się przyklejać do kątów, które dosyć już mają moich kurew wyrzucanych przez zaciśnięte zęby, pękających żyłek w oczach sama nie wiem z czego bardziej - ze zmęczenia czy płaczu.

30.05
może czas zacząć przestać tęsknić za ludźmi, których się tak ładnie zostawiło - radzę komuś, choć sama jeszcze nie wiem co to znaczy

2.06
słowo bez dna to jest tęsknota. może pomieścić więcej niż pięćdziesiąt dwa kilogramy mięsa, skóry, kości, włosów mogą znieść.
paradoksalnie, to już jest apogeum, to jest pokonywanie ostatnich stu metrów sprintem. tak sobie mówię przy wbijaniu paznokci w skórę. jeszcze trochę, jeszcze trochę i będzie można oddychać.

9.06
trochę się rozpadłam przez ostatni tydzień. taki tani dramatyzm, bo jestem wolna i rzygam wolnością, chodzę w piżamie do osiemnastej, a jeżeli mam iść do sklepu, to ubieram dres. nie maluję się, nie prostuję włosów, nie wyciągam szpilek z pudełka. nazywam sobie ten stan depresją sytuacyjną i to samo mówię pani w aptece, kiedy kupuję listek deprimu forte (tak, wiem, że nie pomaga, ale samo kupowanie daje mi poczucie dobrze wydanych pieniędzy - tak, dziewczyno, robisz coś dla siebie), który połykam zaraz po powrocie do domu.
mówiłam Ci, że sobie nie będę radzić. muszę mieć granice, wyraźne od do, dwie daty, które określają długość rozłąki, dwie daty, które przelicza się na chwile bez siebie i na odległość ciał. jeszcze mnie trzyma, że będziemy mogli sobie niedługo powiesić tabliczkę na drzwiach, że Dom, że naprawdę jest szansa i właściwy czas, chociaż naprawdę, naprawdę wolałabym, żebyś już tu był. 

14.06
od tego momentu już w miarę prosto, taką mam nadzieję. jestem w obcym mi zupełnie państwie, którego mieszkańcy używają języka rozumianego przeze mnie jedynie w niewielkim stopniu. jestem setki kilometrów od któregokolwiek z domów, ale za to bliżej Domu niż kiedykolwiek wcześniej.
nie mam ochoty robić wielkich podsumowań, zamknęłam kilka znajomości, jeden ważny etap w życiu za mną, przytyłam dziesięć kilogramów i w zamęcie, w biegu, w uroczym chaosie porannych spięć i splotów odnajduję po cichu i powoli siebie.
puchną mi palce i lekko mnie mdli. Ty śpisz odwrócony plecami, więc piszę szybko, bo tak bardzo nie lubię, kiedy zaglądasz mi przez ramię. prywatność to za duże słowo, żeby je łamać zaufaniem, tak czasem myślę. nieustannie przeżywam nanosekundy wzruszeń, bo kładziesz mi dłoń na udzie albo dotykasz dłoni, kiedy prowadzisz samochód albo w nocy, kiedy Ty już śpisz, a ja jeszcze nie zasnęłam, odruchowo dotykasz mojego brzucha.
to się nazywa tak ładnie: bezpieczeństwo.

25.06
wyjeżdżasz na cztery dni. c-z-t-e-r-y, a ja sobie nie mogę poradzić. wyjeżdżasz i siedzę nad porozrzucanymi na podłodze ubraniami. zbieram się w sobie i układam w szafie Twoje spodnie i koszulki, odwieszam Twoje koszule, ustawiam równo Twoje buty obok moich.
wstrzymuję oddech, cztery dni, w niedzielę będzie powietrze, będzie ulga. już się przyzwyczajam do pewności.

1 komentarz: