28.10.13

435. winter winds / szkic / 1

to są rzeczy, o których miało się nie myśleć i nie mówić. tęsknoty, którym nie wolno było się materializować w kącikach oczu. kiedy o tym teraz myślę, tłumaczę sobie, że to wyziębione zimowym wiatrem serce nie chciało już nigdy więcej ciepła. with all your lies you're still very lovable, mówiono mi wtedy, trochę chyba na wyczucie, bo przez to zimno bijące od skóry nie można było mnie nawet dotknąć. historie pełne niedokończonych spięć i dotyków to historie nieskończone, rozciągnięte na długość dwóch osobnych żyć, które tak łatwo i tak bardzo niemożliwie mogą się jeszcze przeciąć. nie chcę się tłumaczyć, więc nawet kiedy piszę te słowa, to zawstydzam się tak bardzo, że uciekam wzrokiem od tych liter, mam tyle do powiedzenia, że jedne, na co mnie stać, to w geście protestu, w ramach obrony, mogę tylko ścisnąć obie dłonie udami, by powstrzymać palce od uderzania w klawiaturę

patrzę w lustro i myślę, że chyba jestem zła, że chyba już nie chcę nic z tym robić, że za późno, że nieważne, że niczego tym nie zmienię, bo już się dużo rzeczy stało

to tchórzostwo nigdy nie zostanie mi wybaczone, chociaż przepraszałam już tyle razy; przepraszałam każdą piosenkę i każde słowo, które skierowane do mnie, dobre i ciepłe, trafiało w lód, którym byłam. którym myślałam, że jestem. którym chciałam być, bo bycie lodem jest nieludzko wygodne i oznacza przede wszystkim kontrolę nad dziejącą się historią

(mówiła mu: to ostatni raz. nigdy więcej mnie nie zobaczysz)


dokonywanie wyborów. spóźniające się pociągi, żeby można było jeszcze uciec, nie dopuścić do rzeczy, których stałam się najmniej uroczą częścią.
metaforyka spóźnień, metaforyka pociągów, bo to mogła być wcześniejsza zima, bo casablanca, bogart, jedno czy dwa wina, których wcale nie musiałam wypić sama. to już nie jest ważne, słucham tej piosenki o zimowych wiatrach, nie, to już naprawdę nie jest ważne; przestało być ważne w momencie wyboru
nieważne, bo muszę się przyznać
skłamałam tylko raz - wtedy, kiedy powiedziałam, że wyrzuciłam rzeczy ostatnie.

(poza tym to była dość zwyczajna historia. kobieta, mężczyzna, środek zimy. ona nie mogła na niego patrzeć, bo miała od tego pod sercem wyrzut sumienia, on nie mógł się za to na nią napatrzeć, przez za długą chwilę był gotów skakać -  bez niej albo z nią, ale przede wszystkim - dla niej. okazało się, że znała lepsze sposoby na łamanie nóg (sobie), serca (jemu). stali tak spięci jedną chwilą i jednym miastem, związkami chemicznymi, które zataczały wokół nich krąg, spięli się nieskończenie niedokończonym muśnięciem)



(nie mam pomysłu na zakończenie)

1 komentarz:

  1. Końcówkę możnaby zaczerpnąć z Vonneguta: zdarza się i tak.

    OdpowiedzUsuń