21.11.13

439. sierpień

jest połowa sierpnia. załamuję ręce nad czasem, którego – mam wrażenie – nie wykorzystałam w pełni, a to najgorsze, co może być. na szczęście udało mi się odżyć, być w kilku miejscach, nie spotkać nikogo. mam rankę w kąciku ust od zbyt częstego przygryzania warg, od powstrzymywania krzyku pełnego tęsknoty za żarem, za słowem, za dotykiem.

mam rankę w kąciku ust od zbyt częstego przygryzania warg. połowa sierpnia, pada deszcz. zimno przechodzi przez kolejne warstwy ubrań (koszulka z sailor moon, beżowy sweter, bluza z kapturem), drżę więc, kiedy stoję na balkonie z papierosem. biało-złota paczka marlboro goldów setek jest prawie pusta. każdy kolejny papieros to strata kilku minut życia i paradoksalnie zysk kilku minut wypełnionych czułością, bo oto filtr dotyka moich ust;  kilka minut wypełnionych ciepłem, które żarzy się złudnie i nieporadnie spala bibułkę. to trochę smutne, ale gdzieś przeoczyłam moment, w którym intensywny, dokuczliwy zapach papierosów przesiąknął moje ubrania i przestał mi przeszkadzać.
było już kiedyś takie lato, kiedy co noc pachniałam papierosami i wanilią; noce były wtedy gorące i głośne, pełne jęków i spięć, które dziś są tylko kolejną blizną.

połowa sierpnia, pada deszcz. stoję na balkonie z marlboro goldem setką, zostały mi jeszcze tylko cztery, które leżą na parapecie. zapach papierosów wsiąka w skórę i włosy. samotność o szóstej rano w tym wielkim mieście przytłacza i ciąży tak samo jak coraz niższe ciśnienie. czuję niemal jak skronią dotykam zimnych płytek, którymi wyłożony jest dwumetrowy balkon na trzecim piętrze tego wysokiego bloku. budynek z setkami okien i tysiącem drzwi, nie można nazwać tego domem – przecież nie zostawiam w nim nawet kota, który mógłby na mnie czekać przez cały dzień, z niecierpliwości drapiąc pazurkami w szybę. o szóstej rano narasta we mnie poczucie klęski – a jednak można być kimś, tak bardzo przy tym pozostając nikim. stan permanentny to już nie czekanie, to egzystencja, bo po neuronach, po czuciu i emocjach pozostały popioły, zamiast serca noszę ze sobą wrośnięty w klatkę piersiową głaz.

samotność o szóstej rano nic nie znaczy, nie jest samotnością, która jakoś różni się od tej o piętnastej czy dwudziestej trzeciej. jest jedynie samotnością po pierwszej kawie kolejnego samotnego dnia, kolejnym rodzajem samotności, który mogę odhaczyć z codziennej listy. samotne poranki, papierosy, obiady, wyjścia, powroty. jedyna pewność to samotność.

samotność jako słowo-klucz, które otwiera wszystkie okna w moim mieszkaniu i każe mi skakać. 

(sierpień którego nie było sierpień którego nie będzie; sierpień-cierpień, wersje robocze, niedopieszczone plik z dnia 4.02.2013)

3 komentarze:

  1. ilekroć widzę coś nowego, co otagowujesz jako "fiction", mam wrażenie, że Twoja dedykacja w "45 stronach B" powinna być skierowana do Ciebie.
    (o braku kota piszesz lepiej, niż ja kiedykolwiek umiałem pomyśleć)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nic nowego już chyba nie napiszę. sklejam stare rzeczy.

      trzeba sobie sprawić kota. najwyższa pora.

      Usuń
    2. też intensywnie praktykuję recykling myśli, przecież wiesz.

      ja mogę być czyimś kotem - łasić się, mruczeć i tego typu sprawy - gdyby tylko ktoś chciał, abym był.

      Usuń