4.12.13

440. czwarty dzień grudnia

(momenty, w których ma się pewność, że to nie są życia równoległe, ale takie, które przecinają się w nieskończonej ilości punktów. punkty wspólne obijają się o wnętrzności, nie dając o sobie zapomnieć. największe z nich to te blizny, pozostałości po naprawdę ładnych słowach)

przesadzam.
jest zima, czwarty dzień grudnia. rok temu o tej porze trzy razy próbowałam się skończyć, a teraz siedzę obok i czuję, jak przygniata mnie ciężar. na nic mnie już nie stać, niczego już nie mogę. mam związane ręce, nie słyszę dobrych słów. coraz częściej rozdrażniona i nieprzyjemna, szukam ucieczki, marzę o błądzeniu i wpadaniu w ramiona - tym razem ciepłe permanentnie, czekające tylko na mnie. wyszłabym, gdzieś; gdzieś bym poszła, gdyby tylko istniało jakieś gdzieś. trzasnęłabym drzwiami, żeby wymusić reakcję i pozbyć się nadmiaru emocji. myślę sobie: zróbmy cokolwiek, chodźmy zapalić, pokaż mi, że w tym wszystkim jest jeszcze jakieś my; że w tym my jest miejsce dla mnie i dla Ciebie, no chodź.

8 komentarzy:

  1. Jakbym czytała swoje myśli...

    OdpowiedzUsuń
  2. dosłownie godzinę temu zorientowałem się, że najbardziej ze swojego życia pamiętam zakochiwanie się w czyichś ładnych słowach (i że blizny po nich zostaną mi na zawsze).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no, nie dołujmy się aż tak.
      ot, gorzka świadomość, nic z tym nie zrobisz.

      Usuń
    2. gorzkość, gorzkość. czasem chciałbym umieć coś zrobić. z tym, ze swoim życiem, z czymkolwiek.

      Usuń
  3. bo niektórzy potrafią tak ładnie pisać, co nie? :)

    OdpowiedzUsuń