23.3.16

458. ///

Moje życie to pasmo niekończących się poniedziałków. 

To, co istnieje, dzieje się, zdarza się pomiędzy kolejnymi poniedziałkami staje się bezkształtną masą, w której od czasu do czasu wyróżniają się jakieś ciepłe słowa, wspólne czytanie książek, albo oglądanie Doktora z Natalką. 

Znowu nie panuję nad uciekającym czasem i choć teoretycznie wszystko idzie zgodnie z planem, to ostatnio mówiliśmy o dziewięciu miesiącach, teraz nagle zostało ich tylko siedem, a ja, choć jestem gotowa, by nazywać Ciebie słowem na em, to nie jestem jeszcze ani trochę przygotowana na nowe życie, nowe miejsce, inny język. To trochę szalone, tak myślę, ale z drugiej strony jest tak, jak mówiłam Ci ostatnio: każdy poprzedni etap przygotowuje nas do następnego. Podświadomie podejmujemy decyzje, które prowadzą nas prosto w nowe. 

I kiedy w szpitalu pochylamy się nad łóżeczkiem małej L., to chce mi się płakać, bo jej kruchość i bezbronność obezwładniają, ale też chce mi się płakać, bo pachniesz jak wtedy: sobą, papierosami i wiosną. 

Co do pisania - w ciągu ostatnich kilku lat przeczytałam tyle mądrych zdań, że już nic lepszego nie wymyślę. Wszystko, co dobre, zostało już napisane. AMEN. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz